Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Monthly Archive for May, 2008

Taki nasz styl, taki nasz klimat

Ostatnimi czasy otrzymujemy sygnały tudzież propozycje odnośnie zmian formy prowadzenia dopingu na hali.

Część sugestii, tę rozsądną i wartą uwagi, przemyślimy i być może wprowadzimy w życie, natomiast tą skrajnie niezgadzającą się z naszą filozofią wizerunku kibiców Śląska nawet nie będziemy sobie głowy zawracać.

W skrajności popadać nie zamierzamy, ale jeśli idzie o to, czy bliżej nam do kibiców Partizana Belgrad, czy Alby Berlin, to bez chwili zastanowienia wybieramy tych pierwszych. Choć doskonale zdajemy sobie sprawę z tego iż wprowadzenie bałkańskiego klimatu do polskich hal jest niemalże niemożliwe, to jednak pewne wzorce warto stamtąd zaczerpnąć.

Tymczasem zachęcamy wszystkich sympatyków Śląska, także tych aktywnie nas krytykujących, do wspólnego dopingu w meczach o brązowy medal, które już niebawem.

Kibice “porażki”

Każdy kto mnie zna i choć raz rozmawiał ze mną na tematy typowo kibicowskie, doskonale wie, jakimi kategoriami myślę i jakie priorytety stawiam sobie jako kibic.

Sympatykiem Śląska jestem mniej więcej od 10 lat. Początki mojej przygody z wojskowym klubem wyglądały różnie. Zaczynałem jako “kibic telewizyjny”. Choć “kibic” to chyba za dużo powiedziane. Widz i pasjonat koszykówki. Mimo, iż sam w tę dyscyplinę nigdy aktywnie nie grałem, bo Bozia nie obdarzyła wzrostem, ani też wyjątkowym talentem.

Dlatego wolałem oglądać w akcji innych, a że zawsze blisko mi było do Wrocławia i upodobałem sobie tę mieścinę od dziecka, to i drużynę z Grodu Piasta mimowolnie zacząłem dopingować.

Z czasem koszykarska pasja przerodziła się już w miłość do jednego klubu, a dzień meczu stawał się dla mnie świętem. Ileż to razy okazywało się, że praca czy szkoła mają drugorzędne znaczenie – “w końcu dziś gra Śląsk i tylko to się liczy”.

Przeżywanie wszystkiego co wiąże się z ukochanym klubem. Wielogodzinne świętowanie zwycięstw i przyjmowanie “policzków” po porażkach. Zwłaszcza na obcym terenie.

To sprawiło iż na przestrzeni tych kilku lat moje podejście dość znacząco się zmieniło. Dziś już nie wynik i piękna gra zawodników są dla mnie priorytetami.

Liczy się klub – zwycieżający czy też przegrywający, ale zawsze wielki ŚLĄSK. Wspaniały klub z tradycjami, o którym z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest moim życiem. I wcale nie chodzi o zawodników, którzy co roku się zmieniają.

Śląsk to dla mnie herb, barwy, ponad 60 lat pięknej tradycji i… kibice – ci najwierniejsi. Dopingować i wspierać będę go zawsze. Bez względu na to, czy rywalem będzie mistrz Euroligi CSKA Moskwa, czy też 2-ligowy Norgips Piaseczno. Gdy śpiewam “… za WKS pójdziemy aż po życia kres” rzeczywiście tak myślę. Gdy przyjdzie “oddać serce za drużynę” bez zastanowienia to zrobię.

Kiedy pół roku temu Śląsk przegrywał mecz za meczem pewien znajomy “A”, który w Orbicie bywa przypadkowo, od czasu do czasu, zapytał mnie “Po co zdzierasz gardło za tych nieudaczników. Przecież oni nic z tego sobie nie robią”. Odpowiedziałem “A”, że nie zdzieram gardła za zawodników, tylko za klub. Tego już chyba kolega nie zrozumiał, bo nazwał mnie “kibicem porażki”.

I niech tak będzie, nawet mi się to określenie podoba. Niezmiernie cieszy mnie też fakt, że takich “kibiców porażki” jest więcej. Może nie tylu ilu bym chciał, ale wystarczająco wielu, aby wspólnie przeżywać chwile smutku i radości związane z jednym…

Po wczorajszym przegranym półfinale w Zgorzelcu w sektorze gości wbrew pozorom nie panował smutek. Pewien zawód rzecz jasna się wkradł, ale niemal wszyscy do ostatnich sekund stali dumnie trzymając uniesione w górę barwy, a po meczu długo jeszcze było słychać pod halą nasze pieśni.

Wszystko to dlatego, że sukcesy grają drugorzędną rolę. Najważniejszy jest dla nas Śląsk…

M.CH

Pokrzyżowali mi szyki

Łobuzy. Chciałem po sezonie zrobić analizę kogo zostawić, a kogo wywalić.

A tu dwóch już dzisiaj wyleciało ze składu. I to takich barwnych.

Co bym o nich napisał?

Atkins – niezły koszykarz, lecz bez rewelacji, z popapraną głową. Do wywalenia, bo za podobne pieniądze można mieć gracza o podobnych umiejętnościach, ale z normalną psychiką. Ehh… do dzisiaj nie wiemy, czemu z klubem pożegnał się Dean Oliver…

Homan – początki nie były złe. Przynajmniej na boisku. Bo poza nim, to ten jegomość dość wkurzał od początku. Potem było trochę lepiej, ale ostatnio znowu było to, co na początku – fochy, obraza majestatu.. A na boisku ostatnio? W meczach z Turowem – dno. Stević też nie rozegrał wielkich spotkań, ale prezentował się dużo lepiej. Reasumując: do wywalenia.

Także prędzej, czy później i tak, mam nadzieję, pożegnalibyśmy się z nimi. Czy lepiej, że wcześniej? Przekonamy się jutro.

Murzyni i farmerzy bez jaj

Takiego cyrku w Śląsku dawno nie było. Nie licząc rzecz jasna kadencji trenera Adamka, lecz sytuacja taka sama. Do rzeczy.

Po wczorajszym meczu wyszedłem z hali zażenowany. Głównie tym, że Śląsk nie pokazał w spotkaniu przysłowiowych jaj. No bo jak można nazwać Murzyna atkinsa vel Allaha, który po stracie leży na parkiecie… może pozował do zdjęć? Mimo wszystko, jako lider powinien gnać ile fabryka dała do obrony. A on nie. On woli siedzieć. Zresztą, to już nie pierwszy raz tak było. Gdy wróciłem do domu przeczytałem wywiad z imć Allahem wnioskując, iż Murzyn nic do zarzucenia sobie nie ma. Gwiazdka posmarkana. Ale rashid, albo jak to było w Turcji “sułtan”, to nie cała ekipa.

Niestety “gwiazdek” w zespole jest więcej. Taki homan. Syn farmerów, niby przyzwyczajony do ciężkiej pracy, ocierał się o NBA, solidny jak na europejskie warunki środkowy. O NBA marzy każdy talent i przydupas grający koszykówkę. Tak – każdy. Jak wiadomo nie każde marzenia są do spełnienia, ale… nie zbaczajmy z tematu. Przyjechał do Wrocławia i z miejsca stał się mocnym punktem ekipy. Dla niego to chyba dobrze. W końcu po to do Europy przyjechał, zyskać doświadczenie, nauczyć się czegoś nowego. Jeszcze gdy pierwszym szkoleniowcem był Andrzej Adamek stroił fochy na to, że musi zejść z parkietu. Świnka się zmęczyła, to i musi do korytka zaglądnąć, a homan, wbrew swojej nieprzydatności, chciał grać dalej. Bywało, że grał i nie schodził. Teraz w Śląsku jest Kurtinaitis. Mamy fazę play-off. Moment idealny, by pokazać swoje nieprzeciętne umiejętności. Środkowy WKS takie ma, co nie raz udowadniał. Ale ma też słabą psychikę (pozdro dla Erica Hicksa). Może dla kogoś realnie mającego szanse na kontrakt w podobno najlepszej lidze na świecie, play-off w państwie, gdzie liga jest, nie oszukujmy się, słaba, jest za dużym wyzwaniem? Dla ukoronowania jeszcze jeden kwiatek o farmerze z Remsen . Wczoraj na konferencji prasowej usłyszałem od jednego dziennikarza ciekawą historię z Moskwy. Otóż przed meczem w Moskwie na jareda nie czekał napój Red Bull, co jest tradycją w szatni. A “gwiazdeczka” co? Rolnik zrobił focha i powiedział, że jak nie będzie napoju, to na parkiet nie wyjdzie. Tu popisał się dyrektor sportowy Śląska, który dzięki swojej szybkiej reakcji i znajomości rosyjskiej stolicy, tak tak… kupił Red Bulla. Słodkie.

No to zostały mi jeszcze dwa murzyńskie “talenty”. Na ruszt bierzemy robinsona, w pewnych kręgach znanego jako opaska czy dywan. On już w NBA zagrał. Raz. Jeden jedyny raz. Zdobył 7 punktów, w tym rzucił “trójkę” (wow). Kibicom Śląska niestety dał się poznać, podobnie jak inni gracze urodzeni w USA, ze swojej wybujałej wyobraźni, jaki on dobry. Na początku się nie starał, potem zaczął, a wczoraj i tak wszystko szlag trafił. Ostatnio w Ostrowie się popisał. Co zrobił? Ano na odprawie przed jedną z potyczek trener Rimas rzekł, że w pierwszej piątce dywana nie będzie. To ten zrobił buu i przez godzinę z szatni nie wyszedł. Podczas gdy koledzy grzali się i szykowali do, jak się później okazało, wygranego meczu. Źle opaska z tobą, źle…

Na deser Torell “zepsute przez grę na uniwersytecie kolana” Martin. Z nim sprawa wygląda trochę lepiej. Chłop, już prawie tradycyjnie w tym tekście, może być w NBA. Po nim widziałem starania, chęci i całe to “nakręcenie” koszykówką. Nigdy nie zarzuciłbym mu braku ochoty. Ale i Martin siadł wczoraj na ławce, gdy przyszło co, do czego. Czyżby nagle mu się odechciało? Zagrał niecałe 3 minuty i dalej już dupska ruszyć się nie chciało? Może bolały go kolana, co by go usprawiedliwiało. A może był niewyspany? Może, bo na piątkowy mecz przyjechał około godziny przed rozpoczęciem, gdy skład był po rozgrzewce. W poniedziałek to samo. Zespół na rozgrzewce śpioch wchodzi z “poślizgiem” na parkiet. W sumie to mam to gdzieś co robi poza meczami i treningami. Dla mnie może równie dobrze w nocy szydełkować, jak i łowić ryby, grać na komputerze, czy wiele innych. Przede wszystkim ma się starać i dobrze grać. Dla panów, o których napisałem wcześniej wielkie minusy, dla niego na razie mały, bo wczorajsza absencja na boisku , po 30 minutach w piątek, śmierdzi leserstwem.

Gdy wynik był przesądzony w większości grali Polacy. Nasi rodacy broniący zielono-biało-czerwonych barw pokazali serce do gry i nie przejmowali się ilością minut. Zacisnęli wargi, wyszli na plac gry i dorzucili kilka “oczek”. Nie stroili fochów, a zapierniczali momentami aż miło było popatrzeć. Oczywiście Litwini czy Serbowie też grali (z różnym skutkiem), też siedzieli, ale jak trzeba było wyjść na parkiet, to wychodzili i zostawiali na nim swoje zdrowie. Nie to, co najlepiej opłaceni w ekipie “majstry” z USA, co to nie wiedzą czego chcą, a kasiore za to biorą niemałą. I trzy z czterech przypadków miałyby grać w NBA. Toż to kpina. Albo NBA takie słabe… przecież tam już nie takie asy grzały ławę…

Pisownia imion oczywiście celowa. Tak jak oni szanują Śląsk, tak My, kibice, będziemy szanować ich.

Bo my jesteśmy nienormalni… albo normalni inaczej.

Dochodzę do wniosku, że jestem z innej planety, albo epoki. Ja i jeszcze kilku oszołomów i oszołomek. Jakkolwiek to nazwać, to mam znacząco odmienne zdanie odnośnie sposobu wspierania drużyny w czasie meczu i dopingu w ogóle, niż większość ludzi zasiadających w halach gdzie mecze rozgrywają koszykarze. Dotyczy to zarówno tej wrocławskiej, jak innych.

Do szału doprowadzają mnie debilne trąbki, które bardziej mi się kojarzą z odpustowymi straganami i tego typu festynami niż z widowiskami sportowymi. O przepraszam, w Zakopanem bardzo to popularne w czasie skoków narciarskich. Tłum ludzi zaczyna trąbić i trąbić… jest super fajnie. Wprost idealnie. Każdy potrąbi sobie i odczuwa ogromną satysfakcje z tego, że wspierał „swoich”. Jeśli to ma być „nasza” polska jakość, a cały doping ma polegać na dmuchaniu w ten instrument do zaplucia ludzi wkoło, to gratuluje inwencji i pomysłowości ale ja się wypisuję. Generalnie gdybym mógł, to bym zakazał używania i produkcji tego typu wynalazków. Tak samo osłabiają mnie drewniane klapki zakładane na rączki celem głośniejszego klaskania. Pamiętam jak w 2003 kibice z Włocławka zasiadający w Orbicie na sektorze H byli uzbrojeni w te drewniane sztachety na rękach. Rytmiczne uderzanie okazało się bardzo głośne… o tyle głośne, że w żaden sposób nie można się było domyślić co oni tam śpiewali.

To samo się tyczy trąbek podłączonych do butli z gazem. To jest naprawdę głośne. A jeszcze bardziej wkurzające. We Włocławku to standard od lat wielu chociaż nie wszystkim to pasuje (podobnie chyba myślących do mnie), co niejednokrotnie mogłem wyczytać. We Wrocławiu pojawiło się to ustrojstwo kiedyś na meczu ze Stalą Ostrów. Nie była to nasza inicjatywa, ale korzystaliśmy z tego, to fakt niepodważalny. Trudno. Jeden jedyny raz i już w czasie meczu przestało się nam podobać. O ile w ogóle komuś się spodobało. Mi na pewno nie. Gwizdki i syreny? No teoretycznie tutaj pójdę na ustępstwa, żeby od czasu do czasu poprzeszkadzać rywalom hałasując tymi to urządzeniami.

Doping puszczany z głośników. Nie wiem jak to nazwać. Jak dla mnie to jest już szczyt frajerstwa. Chociaż wyczytałem, że we Wrocławiu się tak robi. No cóż, skoro ktoś jest takim debilem, że nie odróżnia dopingu puszczanego z kasety w czasie akcji (np. Sopot) od piosenki (np. niepokonany Śląsk Wrocław nasz ukochany) puszczanej w przerwach, czasem podczas występu tancerek, to polecam wizytę u specjalisty.

Jeszcze rzecz odnośnie spikerów. Nie wiem jak ograniczają ich przepisy w każdym razie jeżeli oglądając mecz w telewizji lepiej słyszę spikera z hali niż komentatora, to coś chyba jest nie tak. Jak dla mnie spiker ma podać składu i może się zamknąć do końca meczu. No wiem że przesadzam, niech sobie powie kto rzucił punkty, kto sfaulował, niech czasem zachęci do dopingu. Swego czasu wyrywaliśmy sobie włosy z głowy słysząc, jak Marian Czajkowski będąc na hali komentował na bieżąco mecz. Z czasem nasz nowy spiker mówiąc kolokwialnie się wyrobił. I od jakiegoś czasu można usłyszeć „Marian Czajkowski najlepszym spikerem Polski” ;). Czasem zachęcić do dopingu. Właśnie – ale nie sterować nim przez cały mecz. Jeżeli ma takie ambicje niech stanie wśród kibiców i spróbuje bez mikrofonu zagrzewać do walki! Zresztą mam przeczucie, że jeszcze ktoś będzie chciał coś w tym temacie wspomnieć, więc nic już nie pisze.

Po prostu tego typu mechaniczne wspomagacze to dla mnie żal i szczerze tego nie lubię i pod żadnym pozorem nie akceptuje. Cała kwestia rozbija się o „antydoping”. Niektórym się tak utarło że skoro akcję ma przeciwnik to trzeba gwizdać, tupać, buczeć, trąbić. Dla mnie to chory debilizm.

Ja natomiast jestem chyba skończonym idiotą, bo nie tylko nie chce tego robić a wolę w tym czasie uwaga – pośpiewać … straszne rzeczy. Do tego poklaskać sobie, pomachać szalikiem, poskakać. Niewiarygodne. Jakiś debil. I nie chodzi mi o to żeby krzyknąć 2 razy np. Czarni (Słupsk) czy WKS… ale pośpiewać coś dajmy na to już odnosząc się do specyficznych koszykarskich realiów 2-3 minuty … no nie … to już kompletna przesada. Przecież przy tym można się zmęczyć albo spocić a nawet by trzeba było wstać. Po minucie brakuje tchu. Boli głowa i gardło. Chamski jestem co nie? W Starogardzie Gdańskim ostatnio w 30 osób śpiewaliśmy jedną rzecz przez półtorej kwarty … jakieś 15 minut. Dziwacy jacyś. Pewnie schlali się. Śpiewali nawet jak była przerwa miedzy kwartami i czas dla trenerów. To już przesada. O wiem – kibole! W saunach typu hala w Zgorzelcu gdy na dworze jest upał najchętniej poskakałbym bez koszulki, ale aż strach się bać reakcji niektórych wszystkowiedzących. Dlatego jestem nienormalny….