Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Monthly Archive for October, 2008

Pięć lat

19 października 2003 roku, podczas rozgrywanego w Hali Orbita spotkania między Śląskiem Wrocław, a Spójnią Stargard Szczeciński pojawiła się po raz pierwszy zorganizowana, kilkunastoosobowa grupa, która stworzyła podwaliny dzisiejszego Klubu Kibica Kosynierzy. W tamto niedzielne popołudnie Śląsk wygrał wysoko, bo aż 95:69. W barwach wrocławskiej ekipy zagrali wtedy m.in. Dominik Tomczyk, Tanel Tein, Ryan Randle, Robert Skibniewski, długowłosy Radosław Hyży, czy Paweł Wiekiera (urazy leczyli Adam Wójcik i Maciej Zieliński). Kilka dni później do drużyny dołączył niezapomniany Lynn Greer. Po pięciu latach historia niejako zatoczyła koło – przyjdzie nam się ponownie spotkać ze Spójnią (6 grudnia mecz w Stargardzie). Tyle tylko, że w drugiej lidze.

To było niezwykłe pięć lat. Czterech prezesów, dwóch właścicieli, sześć firm skurwiających nazwę ukochanego klubu. Trzy medale, trzydzieści osiem wyjazdów i ponad dwieście osób, które przewinęły się przez nasze KK. Samo KK w trakcie swojego istnienia zdążyło już zmienić nazwę – naprędce wymyślone “Szlachta” zastąpiono historycznym dla koszykarskiej ekipy “Kosynierzy”. Powstało kilkadziesiąt flag, z czego dwie to duże sektorówki. Zakupiono kilka dużych bębnów. Chyba jako pierwsi w Polsce skorzystaliśmy z pirotechniki przy oprawach na meczach koszykówki. Od zwykłych “zimnych ogni” aż po tryskające fontanną iskier gigantyczne bengale. Udało się choć trochę zazielenić halę i przekonać widzów, rodziny z dziećmi, że doping może być różnorodny, śpiewany, a ultrasowa ekipa nie musi budzić pejoratywnych skojarzeń; że można kochać Śląsk fanatycznie, ale to nie musi rodzić niezdrowe sytuacje.

Są tacy, którzy twierdzą, że zrobiliśmy więcej niż się dało.

Najbliższa przyszłość zapowiada się nie mniej malowniczo niż przeszłość, choć mamy nadzieję, że dla samego klubu, będzie ona malowana w nieco jaśniejszych barwach. Rozwiązanie dotychczasowej spółki to paradoksalnie wiele korzyści dla koszykarskiego Śląska – powrót do herbu bez jakichkolwiek przeróbek, nazwa, która nie robi za baner reklamowy oraz zapowiedź odbudowy potęgi pod skrzydłami spółki, która zarządza już piłką. Jakie by decyzje nie zapadły, na pewno będzie ciekawie.

Tymczasem my sami kontynuujemy naszą misję dopingowania na meczach w Kosynierce. Realną siłą, jaką tak naprawdę stanowimy – bez żadnych przypadkowych osób, które przyłączały się do nas, choć w rzeczywistości z nami nie były. I na zdrowych zasadach, z czystym sumieniem, że kibicujemy prawdziwemu Śląskowi.

Jest nadzieja, że jeszcze będzie pięknie.

O takim jednym kłamstwie

Pan magister Mariusz Bałuszyński mnie okłamał. Jakoś z miesiąc temu opowiadał mi o stracie finansowej spowodowanej przez spółkę z radiem w nazwie oraz wydawnictwem pisemka o koszykówce. Tłumaczył, że musi zawiadomić o stracie zarząd spółki i w tym celu zwołać walne zgromadzenie akcjonariuszy. Później ci akcjonariusze będą mieli zdecydować, czy pokryć tę stratę – np. poprzez emisję nowych akcji i wykupienie ich.

I w tym momencie pan magister ekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego powiedział mi, że jeśli nie dojdzie do pokrycia straty być może będzie musiał zgłosić do sądu wniosek o upadłość spółki. Dodał do tego, że wówczas spółka funkcjonować będzie dalej normalnie, a zawodnicy grać mecze w lidze. Kilka dni temu pan Bałuszyński ogłosił światu, że musi wycofać drużynę z ligi, że tak mu nakazuje prawo (jak wiemy nie ma tu racji).

Przyznaję, dałem się nabrać, zostałem bezczelnie oszukany.

W tym momencie mógłbym mściwie życzyć panu magistrowi, żeby sąd wykazał, że zgłoszenie upadłości było bezpodstawne, a sam prezes działał na niekorzyść spółki za co grozi kara pozbawienia wolności.

Życzę mu jednak czegoś innego. Żeby nauczył się czytać ze zrozumieniem, z czym – jak się przekonałem – ma spore problemy. Żeby nauczył się pisać bez błędów, by w przyszłości nie przedstawiać pism z pomyloną nazwą podmiotu, czy głupimi literówkami. W końcu – życzę mu, żeby w przyszłości miał cywilną odwagę. Odwagę pochwalić się swoimi dowodami na wielkie czyjeś zbrodnie, zamiast straszyć, że takowe dowody posiada, ale użyć nie chce, bo po co.

Bądź też cywilną odwagę przyznać się, że po prostu kłamał.

Kłamca czy głupiec?

Co w takiej chwili można napisać? Kontynuator tradycji WKS Śląsk Wrocław za jaki miałem zespół występujący pod rządami Waldemara Siemińskiego i Mariusza Bałuszyńskiego przestaje istnieć.

Tym samym w moim mniemaniu dwóch wyżej wymienionych Panów pogrzebało (?) hmm porwało, spaliło, podarło najpiękniejsza kartę w historii polskiej koszykówki.

Niedawno Panie prezesie Bałuszyński, dowiedział się Pan o istnieniu tejże strony. Być może więc przeczyta Pan ten tekst. Do tej pory mam w uszach Pańskie słowa przekazywane piszącemu tutaj yanoo, że “będzie dobrze”. Cała zawierucha w lecie miała być ściemą i wszystko miało być ok. Tak Pan zapewniał nas żebyśmy się nie martwili bo “będzie dobrze”.

Proponuje Panu właścicielowi Waldemarowi Siemińskiemu, aby zapytał teraz czy dobrze wszyscy pracowali, skoro klub upadł. No, ale jak znam życie pewnie jakaś gazeta coś przekręciła, a układ zniszczył wszystko itd  itp. Może i tak… ale dlaczego ja, skromny kibic nie opuszczający żadnego meczu, jeżdżący na wyjazdy i zdzierający gardło mam o tym wszystkim myśleć.

Żal. Żałość. Żenada.

Ale tak: “Dobrze pracujecie, dobrze pracujecie – Ślask najlepszy jest na świecie”.

Strzał w głowę

Niemal od początku “dziwnej” działalności klubu próbuję doszukiwać się logiki i sensu w poczynaniach władzy z Mieszczańskiej, czy też Wagonowej. Przykładowo – ciszę po nie wysłaniu zgłoszenia do PLK (i niby oficjalnym wykluczeniem Śląska z rozgrywek) próbuję sobie tłumaczyć jako jedną z wielu zagrywek-kamikaze jakich dopuścił się klub. Wg mnie postanowiono po prostu “sprawdzić” reakcję miasta oraz paru osób grających na dwa (jak nie więcej) fronty. Taki fortel, by inni odkryli swoje karty.

Coraz częściej jednak doszukać się jakiejkolwiek – choćby tak pokrętnej – logiki nie jestem w stanie. W klubie strzelano już sobie w stopy, w kolana, a ostatnio strzelono sobie w głowę. Najpierw Waldemar Siemiński obraził się na nasz Klub Kibica, a tydzień później ochroniarze z ASCO postanowili odkuć sobie ironiczne komentarze nie wpuszczając autorów słynnego już transparentu z powrotem na halę. Nie wiem czyja to była decyzja, ale ten ktoś chyba mózgownicę zostawił w domu – jeśli to ma być jedna z metod na poprawę wizerunku klubu, to ja na miejscu osób odpowiedzialnych (oficjalnie) za jego budowanie złożyłbym wypowiedzenie. Za rozpierdalanie roboty.

Skorzystajmy jednak z okazji, by wymienić w telegraficznym skrócie największe błędy “góry”. Spróbuję pominąć tu (rzekome) kłamstwa przypisywane klubowi przez prasę, bądź plotki oraz problemy, które nie wynikają bezpośrednio z jakiegoś błędu (tutaj np. zaliczę konieczność opuszczenia Orbity).

Strzał w lewą stopę, czyli wycofanie karnetów. Przed sezonem 2007/08 postanowiono wprowadzić rewolucyjny system kart cipo… wróć, chipowych. Nazwano je karnetami sponsorskimi. W teorii miały oferować mnóstwo ficzerów i bonusów kibicom, którzy by się w nie zaopatrzyli, klubowi większe zyski (bo taki karnet był drogi), w praktyce wyszło jak zawsze. O ile jednak sam pomysł wydaje się chwalebny, a przynajmniej ciekawy, o tyle ogłoszenie, że zwykłych karnetów nie będzie, to już był pierwszy krok ku temu, by rozłościć kibiców do białej gorączki. Dorzucić tu problemy ze znalezieniem sponsora (którego mimo usilnych prób nie znaleziono), fatalnie wyglądające kompletowanie składu, kompletna cisza ze strony klubu na doniesienia prasowe (a prasa widziała już w składzie Dalmau, Kitzingera, czy Plutę) i fatalny skład na początku sezonu (Shaun “piąta liga” Fountain) dało w sumie okropne nastroje wśród ludu. Zapoczątkowana wojna z mediami, czy straszenie miasta przed wycofaniem się z ULEB to ledwie czubek góry lodowej, który “ładnie” osiadł się na całym stożku pełnym wrogiego spojrzenia na Siemińskiego.

I w takim momencie NPW jest mało i postanawia strzelić sobie w lewe kolano zadając słynne pytanie “Czy dobrze pracujemy?”. Co gorsza – Siemiński nie rozumie dlaczego ludzie odpowiedzieli mu trzykrotnie negatywnie.

Mało tego – wg jego rozumowania taka atmosfera to wina… a jakże by inaczej: Wyborczej! Gazeta zmanipulowała ludźmi podając dziwne informacje o klubie i dlatego są na nas źli! Na nic przekonywanie, na nic tłumaczenie podczas spotkania z właścicielem. Zrozumieć, a może lepiej powiedzieć: przyjąć do wiadomości swoich błędów nie potrafił. Jak sam powiedział: “straciłem mandat społeczny na prowadzenie tego klubu”, a jeszcze dobił sytuację strzelając pierwszego focha na… klub kibica, który akurat nie miał tu na nic wpływu.

Potem było się miotanie klubu wokół własnej osi i popis nieudolności w bronieniu swojego wizerunku. Jedyną bronią, którą klub umiał się skutecznie bronić było… milczenie! Kiedy włodarze milczeli, nie wydawali żadnych oświadczeń, nie organizowali żadnych dziwnych atrakcji dla skołatanych nerwów kibiców, to atmosfera wyraźnie się poprawiała. Taka sielanka nie mogła jednak trwać wiecznie.

Skończył się sezon, wszyscy już myśleli, że najgorsze mamy za sobą, w klubie zmądrzeli, a teraz zacznie się normalność, ale nie, ale nieee…

Siemiński postanowił do pary odstrzelić sobie prawą stopę. Niezależnie od wszystkiego: motywów, potajemnych rozmów, ugód, zapewnień i robienia w wała – wyjście jakie wybrał Siemiński, by wstrząsnąć miastem, było chyba najgorsze z możliwych. W klubie twierdzą, że nie było żadnego szantażu. Że były na pewnym szczeblu jakieś rozmowy, że miasto obiecało kasę, a potem okazało się, że tych pieniędzy nie ma. Próbuję sobie wyobrazić, jak nam Ruscy w prywatnych rozmowach obiecują tanie dostawy gazu, a potem o tym zapominają i Kaczyński w odwecie ogłasza embargo na Rosję. I choć należę do grupy osób, które na widok prezydenta wołają “kwa! kwa!”, to nie potrafię sobie wyobrazić, by głowa państwa popełniła tego typu kretyństwo. Siemiński ma widać bujniejszą wyobraźnię.

Z najnowszych genialnych posunięć należy dodać pochwalenie się długami wobec Orbity. W zamierzeniu miało to podziałać na zasadzie “patrzcie ile ci złodzieje nam policzyli!”. Jak to ludzie odebrali mówić nie trzeba. Chwilę potem klub chwali się, że próbował ugody ze Spartanem. Fajna mi ugoda – prośba o odroczenie płatności do maja 2009 roku… Nie muszę chyba dodawać, że i ten dokument sprawił jedynie, że kibice tylko wyśmiali rządzących klubem.

Doceniam pracę jaką wykonują ludzie w siedzibie przy Mieszczańskiej i życzę im jak najlepiej. Prawda jest jednak taka, że każdy swój mały kroczek do przodu okupują trzema skokami w tył decyzjami i posunięciami jak te wymienione wyżej. A to kierunek do upadku, a nie mistrzostwa.

Mistrzostwo dla piłkarzy za układy?

Ostatnimi dniami dane mi było poznać co nieco z mechaniki prania pieniędzy poprzed kluby sportowe. Pranie miałoby się dokonywać poprzez państwowe spółki na banalnej wręcz zasadzie:

– podpisujemy z klubem umowę na dofinansowanie jakąś kwotą;

– klub ma jednocześnie jakiś wydatek, który idzie do nas (np. wynajem obiektów), albo do naszych firm (a co – urzędnik nie może mieć własnej firmy, albo kolegi z firmą?)

– wystawiamy za usługę wysoką cenę

– przelewamy klubowi większą kwotę – potem to jakoś ukryjemy, zmienimy cyferki w naszych papierach etc (poza tym kto to sprawdza), po to, żeby klub nadwyżką zapłacił nam – pokrywamy z niej realne koszty, a reszta idzie do kieszeni.

Czy możliwe jest, by takie działania odbywały się we wrocławskim Śląsku w latach panowania pewnego dzisiejszego ministra? Czy dopuszczał się ich prezes klubu w ostatnim okresie wspomnianego panowania, a dziś prezesujący w innym dolnośląskim klubie – nota bene finansowanym z państwowej spółki?

Czy prawdą jest, że ów premier dąży do wykopania Dutkiewicza z miasta, by przejąć władzę we Wrocławiu – a co za tym idzie nad piłkarskim Śląskiem? I że spore parcie na fotel prezesa klubu przy Oporowskiej ma wspomniany Piotr Waśniewski?

Piłkarzy może czekać świetlana przyszłość. Jeśli taka wersja wydarzeń, która krąży w plotkach się powtórzy, to przy Oporowskiej nagle znajdą się gigantyczne pieniądze z KGHMu, PGE, Dialogu, czy innych spółek skarbu państwa.

Pozostaje pytanie, na które bardzo trudno odpowiedzieć – czy mając taką wiedzę (zakładając, że jest prawdziwa – nie mnie to jednak osądzać), będą Ci – drogi kibicu – smakować te mistrzostwa? I czy nas powinny napawać dumą mistrzostwa już zdobyte?