Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Monthly Archive for December, 2012

Krosno, 30.12.12

548019_454489601266147_1807454658_nNiestety, ale nie udało się zaliczyć dwudniowego wyjazdu do Krosna. Problemy logistyczne, praca, czy zaplanowane urlopy pokrzyżowały zapędy i trzeba się było zadowolić meczem o 3 msc. w Pucharze PZKosz. Ci, co widzą szklankę do połowy pełną, twierdzili, że Śląsk przegrał “bo nas nie było”. Ci od połowy pustej zacierali ręce, że dzięki wyjazdowemu zeru udało się nie przerwać wyjazdowej passy Kosynierów (ostatni przegrany – mecz nr 3 w finałach w Ostrowie). Ostatecznie do Krosna wyruszyliśmy skromną, pięcioosobową paczką – wariatów, debili, fanatyków (niepotrzebne skreślić) startując o nieludzkiej porze 7:30 z Wrocławia.

Jazda

Konieczność zerwania się z łóżek w środku nocy miało jednak swoje plusy – drogi puste, więc spokojnie można się było rozbujać po autostradzie i końcowym odcinku specjalnym tak, że tych 440 km z hakiem w ogóle nie poczuliśmy. Co prawda wynik 14:46.23 na wspomnianym odcinku chluby kierowcy nie przynosi, ale na swoje usprawiedliwienie ma odnotowaną wcześniej usterkę reperowaną na McGyvera. Ostatecznie i tak zameldowaliśmy się pod halą na półtorej godziny przed meczem, jak na nas wynik imponujący. Co prawda nie udało się załapać na śniadanie zawodników, ale z nienadającej się do przytoczenia oceny wynikało, że niewiele straciliśmy.

Zupełnie inaczej było na osławionym odcinku. V., który “odkrył” go przed świętami jadąc na mecz z F., mógł razem z nami nacieszyć oczy pięknymi widokami na góry, zabytkowe kościoły i wąską, krętą trasę, której nieco ponad tydzień temu zupełnie nie było widać jadąc już po zmroku. A było co podziwiać.

Pod halą witamy się najpierw z Glapą, który bardzo się ucieszył na nasz widok i żałował, że Wojskowym nie udał się mecz dzień wcześniej. Później przyszła pora na coraz to bardziej zaskoczone miny naszych zawodników, a największy ubaw miał Radek, że nawet tak daleko od domu trafił na sąsiada.

Mecz

Na hali niemal zupełne pustki. Gdyby nie nasz – fanatyczny – doping i mikrofon spikera, to słychać by było jedynie pisk butów, odbijającą się piłkę i pokrzykiwania zawodników. Przed meczem spotykamy się z ciepłym przyjęciem od różnych miejscowych osób. Jedynie – standardowo już – ochroniarz kazał po pierwszym gwizdku usiąść. Nauczeni doświadczeniem cofnęliśmy się za pierwszy rząd krzesełek i już było wszystko w myśl przepisów. Zrozum człowieka.

Nasi zawodnicy wyraźnie chcieli podreperować swoje humory i nie odpaść z Pucharu Polski. Nie zabrakło krwawiących łokci i nieprawdopodobnych trójek Kikowskiego. Swoje dołożył również V., który wykrzyczał u sędziego trzy punkty, a schodzących do szatni koszykarzy gorąco mobilizował do większego wysiłku. Z tego wszystkiego ochrona interweniowała po raz drugi – prosząc o nieużywanie słów ogólnie uznanych za niecenzuralne. Zrozum człowieka po raz drugi – bo żadne z takich słów nie padły.

W przerwie część osób udała się za potrzebą – co potem miało okazać się zgubne, a część polansować przed kamerą. Parcie na szkło kosztowało telefonami pełnych pretensji o brak pozdrowień. Obiecujemy poprawę.

Po przerwie przewaga rosła z minuty na minutę. Rozluźnionych i zadowolonych zaskoczyła para mundurowych w towarzystwie ochroniarza, którzy wyrośli nagle przed nami, by ostatecznie wyprowadzić trzy piąte naszego składu. Powód? Ktoś podpalił kosze na śmieci w toalecie. A że w lidze chuliganów musimy stać niezwykle wysoko, to oczywistym było, że to my. Po paru minutach na sektor powróciła przedstawicielka płci pięknej – tyle władza potrzebowała, żeby zorientować się, że zajście miało miejsce w męskim kiblu. Panowie powrócili już po ostatnim gwizdku. Z zakazem halowym do końca roku i nową ksywką – Piroman – dla głównego podejrzanego. A, że takie samo zajście miało miejsce dzień wcześniej, kiedy nas nie było… Żeby było zabawniej, to wyprowadzeni okazali się niepalący i bez zapalniczek, czy zapałek przy sobie.

I się potem ludzie dziwią, że naród nie kocha służb mundurowych.

Spec od ubezpieczeń próbował jeszcze wnieść skargę u miejscowych leśnych dziadków, te jednak nie bez powodu tak się nazywają. Interwencja zakończyła się krótkim “proszę wyprowadzić tego pana”. No bo koszykówka jest przecież dla kibiców.

Noworoczny szampan

Po meczu były życzenia i symboliczny radziecki szampan z górnej półki z zawodnikami i trenerami. Szampan smakował, doping się podobał, a na koniec spóźnialski Radek odkrył przed nami uroki tutejszych promocji, by po kilkunastu minutach zorientować się, że znowu się rozgadał. Ma jednak obiecane lekcje specjalnych technik rowerowych – skoro likwidują tramwaj, Radek na mecze planuje dojeżdżać rowerem. Nie wiemy tylko jeszcze, czy w klubowym dresie, czy będzie się wstydził.

Powrót

W dobrych humorach, choć trochę na śpiąco. We Wrocławiu meldujemy się już ok 22 (kolejny plus grania o wcześniejszej godzinie). Tak to można jeździć!

Jako, że był to już ostatni – 16 w naszym wykonaniu – wyjazd w tym roku kalendarzowym, a przed nami Sylwestrowa noc: Zielone życzenia dla wszystkich kibiców Śląska i naszych stałych czytelników od całego grona Kosynierskiego. Oby rok 2013 był równie udany – jeśli nie lepszy! – jak ten mijający.

Wycieczkowo

735867_507559402617296_1974741790_oKoniec roku kojarzy się raczej z wielkim imprezowaniem. Ewentualnie z wielkim zimnem.

Tymczasem dla Śląska to okres wielkiej pracy i wielkich wycieczek. Juniorzy po długiej i męczącej podróży zameldowali się w Belgii, gdzie ulegli dziś dość boleśnie Antwerpii Giants, czyli w zasadzie gospodarzom.

Seniorzy są już pewnie w drodze do odległego Krosna, które zdążyli odwiedzić tuż przed świętami. Jutro o 16 ich rywalem będzie AZS Kutno, zapewne chętne rewanżu za niedawny blamaż z Wojskowymi przed swoją publicznością. Wygrana da przepustkę do niedzielnego finału o Puchar PZKosz i pewny udział w Pucharze Polski, gdzie czekają ekipy z ekstraklasy.

Jak ktoś jest spragniony koszykówki, to jeszcze przed końcem roku ma co śledzić.

Czego by tu sobie życzyć

Thr-GrinchJuż za chwileczkę, już za momencik siądziemy do wigilijnych stołów i poluzujemy paski od spodni. Zanim to jednak nastąpi, będziemy sobie życzyć Wesołych i Zdrowych Świąt oraz Szczęśliwego Nowego Roku. A czego życzą Kosynierzy?

Radkowi Hyżemu, żeby w magistracie puknęli się w czoło i nie likwidowali tramwajowej linii 24.

Norbertowi Kulonowi, żeby nie zabrakło mu wytrwałości w walce o minuty. I żeby ponownie został bohaterem finałów.

Całemu obecnemu składowi Śląska, przejścia do złotej historii klubu.

Maciejowi Zielińskiemu, więcej zła.

Rozsianym po Polsce wychowankom, by mogli wrócić do domu.

Kibicom Śląska, zielonych koszulek i szalików pod choinką, by mogli zazielenić halę w 2013 roku.

Legendom Śląska, zastrzeżonych numerów.

Rodzicom juniorów, wytrwałości i dumy ze swoich pociech.

Arturowi Grygielowi, truskawek.

Mateuszowi Płatkowi, ścianki wspinaczkowej.

Kibicom Górnika Wałbrzych, Cristiano Ronaldo.

Kibicom z Kutna, gardeł zamiast trąbek.

Kibicom Stali Ostrów, zaproszenia do PLK.

Kibicom Pogoni Prudnik, awansu do 1. ligi.

Kibicom WKK Wrocław, niczego, bo takich nie ma.

Kibicom Turowa Zgorzelec, żeby mecze u siebie mogli rozgrywać u siebie.

Kibicom Znicza Pruszków, dużo książek… byle nie fantastyki.

Kibicom Czarnych Słupsk, by dla nich zatańczyła.

Kibicom Anwilu Włocławek, nas samych, czyli spotkania w Pucharze Polski.

Kibicom polskiej koszykówki, żeby w PLK i PZKosz było normalnie.

Nam samym, byśmy rośli w siłę. I przede wszystkim – deja vu.

Wesołych Świąt!

Krosno, 19.12.12

182315_575568159126801_285571029_nNietypowy, środowy termin wyjazdu i dość duża odległość nie przeszkodziły nam we wspomaganiu poczynań Śląska. Zapisy na środowe wyjazdy na drugi koniec Polski maja to do siebie, że szybciej się kończą niż się zaczęły, jednak mimo to uzbieraliśmy 9 osobową ekipę.

Wyjazd odbył się dwoma samochodami. Pierwszy (turystyczny) startuje chwilę po 12-tej, drugi (rajdówka) przed 14-tą. Trasa dość prosta, praktycznie całą trasę jedziemy autostradą do samego Tarnowa, i tylko ostatnie 70 km pozostaje do pokonania na krajowym standardzie. Droga ekipy turystycznej odbywa się bez większych problemów, kilka postojów na fajki i sprawy fizjologiczne, w tym raz przy bramkach na autostradzie. W czasie drogi zmieniamy klimat z jesiennego (ok. 5 st. we Wrocławiu) w iście zimowy (4 na minusie na miejscu). Drużyna rajdowa mimo prawie 2-godzinnego opóźnienia melduje się tylko 15 minut po pierwszym samochodzie, urządzając sobie w ostatniej części istny odcinek specjalny bocznymi drogami na skróty.

Meldujemy się na miejscu pod koniec pierwszej kwarty, a nasi zawodnicy fetują to dwoma celnymi trójkami. Hala gości ładna, młyn składający się z ok. 30 osób, z dość urozmaiconym repertuarem. Kibicowsko chyba najciekawszy z naszych tegorocznych wypadów bo pruszkowskiej napinki to szkoda ujmować w rankingu. Jeśliby można się do czegoś przyczepić to do chóralnego odśpiewania “Ona tańczy dla mnie”, ale jak widać Legia Warszawa, Czarni Słupsk a ostatnio podobno nasi ulubieńcy z Wałbrzycha wyznaczają całkiem nowe trendy w dopingu (żeby nie być hipokrytą – ta piosenka to stały element naszych domówek :D) Krośnianie mają jednak ten sam problem co my, czyli hala w ogóle nie chce się włączyć do dopingu (wychodzi na to, że to efekt zbyt zróżnicowanego repertuaru). Nasz doping jak na tak małą liczebność całkiem poprawny. Nie ma szału, ale też nikt się nie oszczędza. Po pierwszej kwarcie ma miejsce spina z leśnym dziadem ze służby porządkowej. Otóż zostaliśmy poinformowani, że mamy zająć pozycje siedzące pod groźbą opuszczenia hali. Oczywiście sugestie te zostały odrzucone. Po krótkiej wymianie zdań doszliśmy do porozumienia, żeby po prostu stanąć na trybunach. Mecz przebiegał bez większych akcji. Gospodarze nastawieni do nas bardzo pozytywnie (co zdarza się dość sporadycznie). W przerwie przychodzi delegacja “tubylców”, w celu powitania i nawiązania kontaktu. Dostaliśmy zaproszenie na pomeczowe piwo, z którego jednak nie skorzystaliśmy. Mecz oczywiście wygrany zakończony wspólnie z koszykarzami “szkocją” i zapytaniem retorycznym o to, kto wygrał mecz. Nasi zawodnicy wyrazili niezłe zdumienie, że jednak udało się nam przejechać całą Polskę w środku tygodnia.

Po meczu zamiana, pierwsza startuje rajdówka, natomiast ekipa turystyczna idzie zwiedzać tutejszy rynek, oznaczyć miasto stosownymi vlepami oraz wzbogacić szopkę o kolejnego barana, niestety tylko do zdjęcia. Droga powrotna mija jeszcze spokojniej (w końcu praktycznie zaraz trzeba iść do pracy). Ale przyniosła kilka zaskoczeń. Dowiedzieliśmy się na przykład, że kolega K. w swojej kuchni układa przyprawy alfabetycznie, przez co często wybuchają w domu wojny. Jeszcze wspólny postój w “Macu” pod Gliwicami i już prosto do domu. We Wrocławiu jesteśmy między 1 a 2, w zależności od bolidu w jakim się jechało. Tradycyjnie ostatni, o godzinie 4.20, melduje się w domu B.

Prudnik, 12.12.12

DSC_0653

Tak było rok temu. W tym podobnie.

Magiczną datę postanowiliśmy uczcić wyjazdem do odległego o jakieś 130 km Prudnika. Niestety, hurraoptymizm co niektórych się nie sprawdził i powtórki z półfinału nie było – tłumów przy zapisach nie odnotowano. Co nie znaczy, że było nudno… ale po kolei.

Jazda

Środa, a więc z pracy, czy zajęć. A więc na szybko i z różnych lokalizacji. W dodatku za mało na autokar, nie było zatem innej opcji jak wybrać auta. Trasa błyskawiczna, bo w większości po autostradzie. Najszybsi musieli czekać na resztę składu grubo ponad pół godziny. Wcześniej, bo na bramce z autostrady, poprawiamy kasjerce humor szlagierem i ostatecznie meldujemy się w Prudniku w 14 osób tuż przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Spóźnialski bolid z kolejną piątką na pokładzie dociera w połowie pierwszej kwarty i uzupełnia naszą liczbę do 19. Kilka głów wykruszyło się tuż przed wyjazdem – to efekt wirusa, który rozszalał się po wizycie na terenach Ojca Dyrektora.

Mecz na trybunach

Byłem zawiedziony. Hala niby pełna, ale jakby zapadła w zimowy sen. Młynek zmienił lokalizację, nawet zaopatrzył się w kilka flag, a zamiast bluz rodem z NBA były koszulki Pogoni. Poza tym bez wsparcia od reszty hali, która głośno krzyczała “Pogoń! Prudnik!” rok temu nie tylko podczas półfinału, ale również w sezonie zasadniczym. Nawet wuwuzele jakoś cicho brzęczały… A na pewno ciszej niż w Kutnie.

W naszych szeregach ponownie największym powodzeniem cieszyła się literka, przy której roztańczone towarzystwo wprawiło w drgania trybuny tak, że postronny ochroniarz z niedowierzaniem kręcił głową, a sąsiadujące z nami panie musiały się trzymać siedzenia, żeby z niego nie spaść. Zastanawia nas tylko, czy ta trybuna wytrzymałaby jeszcze jedną taką imprezę.

Pamiętny mistrz mopa nadaje się do reklamy pigułek na uspokojenie. Co prawda klejnotami się tym razem nie chwalił, ale dziwnych gestów i wymachiwania szczotką jak szabelką nie zabrakło. Pozdrawiamy dziadka serdecznie.

Po meczu spotykamy trzyosobową grupkę fanów Wisły, a oprócz nich, na trybunach można było wypatrzeć inną trzyosobową grupkę, ubraną w szaliki Śląska.

Mecz na parkiecie

Wynik niby zdecydowanie na plus, ale na parkiecie długo tak wesoło nie było. Nie zabrakło sędziowskich kontrowersji, wymownych spojrzeń trenera (cytaty oszczędzimy), no i obowiązkowego “Łakis Show”. Co ten gość wyprawia, to wciąż nie możemy się nadziwić.

Hitem dnia był jednak dach dla naszego kapitana za… rzucenie piłką w parkiet. Dosłownie, sędzia na pytanie trenera “za co?” odpowiedział “rzucił piłką”. Raczej nie wymaga komentarza.

Ostatecznie zryw w czwartej kwarcie nie pozostawia złudzeń, kto ma grać dalej. Finał rozgrywek o Puchar PZKosz wg plotek – w Krośnie. W fatalnym terminie, więc ewentualna wycieczka będzie wyczynem.

Sto lat na zero

Nasz rekordzista wyjazdowy wyrównał swój bilans zwycięskich i przegranych spotkań. Oj, można sobie podreperować bilans w te dwa sezony, można. Żeby mu za dobrze nie było, to na swoje urodziny usłyszał sto lat i niech mu zakaz wyjazdowy nigdy nie wygaśnie!

Kolejny wyjazd… znowu w środę. Za tydzień Wojskowi jadą do… Krosna. Nasza obecność stoi pod sporym znakiem zapytania. Ciekawsze jest natomiast to, z kim nam przyjdzie grać. Po rozszyfrowaniu skrótów, mecz można przedstawić jako starcie: Podkarpacki Bank Spółdzielczy Bank Efir Energy Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji Krosno kontra Wojskowy Klub Sportowy Śląsk Wrocław. W skrócie PBS Bank Efir Energy MOSiR Krosno – WKS Śląsk Wrocław. I niech mi ktoś powie, że sponsorzy tytularni nie szmacą nazw klubów?

Powrót

Byle szybciej do wozów, bo zimno. Wcześniej K. wychowywał młodzież, gdzie i jak można się zaopatrzyć w barwy klubowe. Hasło “byle szybciej, bo zimno” obowiązywało również na trasie, gdzie postojów zupełnie unikano. Byli i tacy, co urządzili tylko jeden – we Wrocławiu, przy pizzerii, by tuż przed zamknięciem lokalu uzupełnić braki w wadze. Innych na postoju wyprzedzili koszykarze. Humory biesiadne przeplatały się z przeżywaniem traumy… Szczegółami Czytelnika zanudzać nie będziemy.

W domach meldujemy się po 22, a kolejny pojedynek w niedzielę w Orbicie. Godzina nietypowa, 14:00. Bilety do “młyna” standardowo można zamawiać pod adresem kontakt[małpa]kosynierzy.info