Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Daily Archive for February 19th, 2013

Kozaki z Mazowsza

Wstępnie.

Śląsk przegrał w sezonie 3 mecze – z Anwilem, z Kutnem w pucharze, oraz ze Spójnią inaugurację 1. ligi. Mecz ze Zniczem, który odbywał się w Orbicie, miał być więc okazją do śrubowania rekordu wygranych na tym poziomie rozgrywek. Klub zapowiadał, że na trybunach pojawi się kilka postaci związanych mniej lub bardziej w przeszłości (a może w przyszłości?) ze Śląskiem, co miało być dodatkowym bodźcem dla kibiców do pojawienia się przy Wejherowskiej. Trzeba jednak zauważyć, że byli gracze/trenerzy zawsze są obecni, czy to w Kosynierce, czy też Orbicie (np. w niedziele trenerzy/zawodnicy Zyskowski i Turkiewicz) natomiast nie wiem, kiedy ostatni raz we Wrocławiu był Raimonds Miglinieks, a ze łzą w oku zaobserwowano jego obecność. Czy obecność znamienitych gości podziałała? Chyba tak…

Połówka o 14:00.

Hala Orbita zapełniła się niemal w komplecie. Rzecz w tym, że jedynie jej połowa była udostępniona dla kibiców. Pewnikiem względy ekonomiczne o tym zdecydowały, bo o ile frekwencja na meczu z Anwilem była taka jak być powinna, to spotkania ze Stalą, AZS-em Szczecin już takie wesołe w tym temacie nie były. Podobny zabieg stosowany jest na meczach piłkarzy ręcznych, a czy na koszu w ostatnich latach również? W roku 2005 podczas spotkań o miejsca 5-8 z Astorią i Wisłą/Unią nie pamiętam, czy było właśnie tak jak wczoraj, czy po prostu “najwspanialsza w Polsce wrocławska publiczność” tak licznie się stawiła na tych niezwykle ważnych meczach, ale frekwencja była wówczas gorsza niż w niedzielę. Tym sposobem połowa trybun była przesłonięta starą sektorówką. Oczywiście przywołało to wspomnienia z przełomu wieków…

Kac Wrocław.

Mecze w niedziele z założenia są dla mnie złe, a mecze w porze obiadowej (albo i śniadaniowej…) są jeszcze gorsze, ale po kolei. Niedawno trenerzy Jankowski i Chudeusz zaaplikowali zawodnikom dość intensywne treningi, czego efektem były nad wyraz “ciężkie nogi” naszych graczy. Do tego ambitna postawa graczy Znicza sprawiła, że w trzeciej karcie mogliśmy zacząć się zastanawiać przez chwilę, czy po meczu dopiszemy sobie 1 zamiast 2 punktów. Podobnie było podczas meczu z MKS-em Dąbrowa Górnicza, z tym że rywal z zagłębia usadowił się w górnej połówce tabeli, natomiast od graczy Znicza powoli oddala się perspektywa uczestnictwa w dalszym etapie rozgrywek. W naszych szeregach znakomita większość zaaplikowała sobie intensywne… efektem, czego były dość “ciężkie głowy” i nad wyraz osłabione organizmy. Chyba już zaczyna się myślenie o play offach…

Chłopaki z Żylety

Gdybym nie stał 3 metry od zaistniałej sytuacji nie uwierzyłbym, bo zdarzenie stricte z kategorii fantasy, że sam mistrz Tolkien by się nie powstydził. Pewien dżentelmen z Pruszkowa, starszy wiekiem jegomość, zagadnął naszą koleżankę jakoby “znała chłopaków z Żylety”. Nie wiem czy dama zareagowała tak bo ja bym na pewno to uczynił, ale nieco zdezorientowana przyprowadziła ów Pana do nas. W krótkiej rozmowie z kolegą wydającym się jej najbardziej kompetentnym do takowej, wyraził on prośbę o krzyknięcie “czegoś” do kończącego karierę Dominika Czubka pamiętającego czasy “wielkiej Mazowszanki”. J. z uśmiechem od ucha do ucha poinformował, że to raczej nie przejdzie… Nie mniej jednak gratulujemy Dominikowi Czubkowi pięknej kariery usłanej wieloma sukcesami, jak i wiernością klubowi z Pruszkowa.

Złotousty.

Nagroda za wypowiedź dnia wędruje do Michała Gabińskiego za szczerość i zdrowy osąd postawy swojej i kolegów po meczu podczas “przybijania piątek”. Nie zacytujemy bo i tak zbyt dużo przeklinamy o czym poinformował nas ojciec jednego z młodocianych kibiców

Goście, goście.

Po 10 latach (bez 2 miesięcy) we Wrocławiu pojawili się kibice z Pruszkowa. Najważniejsze pytanie jakie sobie niektórzy zadawali, brzmiało czy wzięli korepetycje z matematyki i podstawowych zasad savoir-vivre’u. Tak, wzięli. Potrafią policzyć do 8, a więc pierwszą klasę zaliczyli, zachowanie wzorowe, grzeczni i cichutcy. (Tłumaczę i objaśniam tęgim umysłom, że nie chodzi mi o momenty kiedy wbijali się ze swoim dopingiem w naszą ciszę) Zupełnie inni niż w Pruszkowie. Może cywilizacja uszlachetnia?

13.02.2013, Dąbrowa Górnicza

285741_396794473750280_102159778_n13.02, środa, godz. 19 – termin byle jaki, ale w związku z tym, że mecz dla nas ważny, to zbieramy się w 15 osób (jak się nagle okazało w 14) i trzema bolidami z różnych części miasta wyruszamy w kierunku Dąbrowy Górniczej.

Pogoda jak termin, byle jaka, ale jak na takie warunki nawet szybko udaje się dojechać do autostrady. Po kilkunastu kilometrach w jednym z bolidów psikusa postanawia sprawić silniczek od wycieraczek, które to stanęły w miejscu i żadne próby reanimacji nie pomagały. Tak więc, jak łatwo się domyśleć, widoczność przez przednia szybę była zerowa i tutaj szacun dla kolegi W., który to z małym wsparciem, postanowił w tak ekstremalnych warunkach jechać dalej. Musieliśmy się zatrzymywać na każdej stacji w celu umycia przedniej szyby oraz wykonania różnych zabiegów, które to miały ożywić wycieraczki. Niestety bezskutecznie. W tak oto ekstremalnych warunkach meldujemy się pod halą MKS-u na kilka minut przed meczem.

Długa kolejka do kas pozwala myśleć, że całkiem ładna i nowoczesna hala będzie zapełniona. Jak się okazało na miejscowej publiczności nie zrobiło wrażenia, że przyjeżdża legenda polskiej koszykówki i ledwo zapełnili dolne sektory. Doping: jak na nas uważam całkiem przyzwoity, co potwierdził miejscowy spiker, który po próbach rozruszania dąbrowskiej publiki spotkał się tylko z naszym odzewem, czego też nie omieszkał skomentować – coś w rodzaju: oni mogą, a my co?

Miejscowa ekipa to może kilkanaście osób w barwach plus bęben. Doping w 90% skupiał się na znanym i lubianym w pewnych kręgach “defense klap klap klap“.

Mecz zacięty od początku do końca. Nie było chwili oddechu w postaci 20 punktowej przewagi, do której to zdążyliśmy się przyzwyczaić. Mogę śmiało stwierdzić, że jeden z trudniejszych do tej pory. Nie zmienia to jednak faktu, że wygraliśmy, bijając przy okazji “rekord wszech czasów” 22 zwycięstwem z rzędu.

Po meczu tradycyjnie już szkocja, kto wygrał mecz?, piąteczki z zawodnikami połączone z wzajemnymi podziękowaniami. Wyjście z hali opóźnia nam ochrona, która to na polecenie miejscowych służb mundurowych odprowadza nas do samochodów czekając tam przez chwilę w nadziei, że będą mogli z nami podjechać do granic miasta. Ochrona w ogóle stanowiła ciekawą zbieraninę, przewrażliwioną jakby przybyło stado Hunów i reagującą nawet… na niezadowolenie z decyzji sędziego.

Powrót zaczęliśmy od całkiem zabawnej sytuacji: otóż nawigacja w jednym z bolidów postanowiła poprowadzić nas w mazowieckie pomimo, że mecz z drużyną z tamtych rejonów dopiero parę dni później i to u nas. Szybko jednak zastępujemy elektronikę zdrowym rozsądkiem i kierujemy nasze bolidy w odpowiednia stronę.

Po drodze wspólna “dietetyczna” kolacja w jednej z przydrożnych restauracji, uzupełnienie zapasów na drogę w sklepie na stacji, wojna na śnieżki, w której to zwycięża przez nokaut załoga bolidu bez wycieraczek.

W spokojnym powrocie do domu pomogły nam czary w postaci niewidzialnej wycieraczki, którą to w końcu udało się kupić za niemałe pieniądze w wyżej wymienionym sklepie na stacji. Fakt ten utwierdził nas tylko w przekonaniu, że normalne wycieraczki wcale nie są potrzebne.

Cali i zdrowi meldujemy się po 24 we Wrocku, ostatni bolid dojeżdża do domu również w dobrej formie jak wnioskuję po 1 w nocy.

Relacja autorstwa P.