Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Monthly Archive for November, 2014

I cały misterny plan…

I w pi…u.

We wczorajszym meczu z Rosą Radom zakończonym sromotną porażką, najlepszym co mieliśmy do zaprezentowania były nowe stroje wyjazdowe. Przyznaję szczerze, że trafiły w mój gust. Gdyby tak dodać jeszcze do nich odrobinę czerwieni śmiało można by napisać, że są najładniejsze  od wielu lat. Inna sprawa, że i tak są bardzo efektowne. Brawo.

I wylądował.

Tym samym zakończyła się nasza dobra passa 7-iu zwycięstw z rzędu. Oczywiście wielka szkoda, niemniej jednak nie ma co załamywać rąk. Teoretycznie nikt się nie spodziewał tak dobrych rezultatów, tylko… halo, halo! WKS Śląsk do czegoś zobowiązuje, tak więc zapomnieć rezultat, wyciągnąć wnioski z porażki i krok po kroczku do celu.

I cały misterny plan.

Coś nie zagrało w Radomiu skoro jako zespół notujemy 5 asyst i 13 strat. Z czego nasi rozgrywający popisują się… 1 – słownie jedną – asystą przez 40 minut. Nie ten poziom?

Tym bardziej smuci fakt, że do Gliwic oddaliśmy Norberta  Kulona… Do tego jakoś tak po cichu… Wcale nie pociesza fakt, że w 1. lidze raczej nie nabawi się odcisków na tyłku od przesiadywania na ławce. Teraz zaszczytna rola kontroli poziomu twardości krzesełek/ławek rezerwowych przypadać będzie Arturowi Wnętrzakowi.

Bardzo niefajnie.

Mam marzenie

Złe dobrego początki…

Notka ta zbiegła się w czasie z nadchodzącymi wyborami samorządowymi, więc pozwolę sobie na przypomnienie pewnych faktów z nowoczesnej historii Wrocławia. Cztery lata temu spotkało się dwóch sympatyków rozporządzania nie swoimi funduszami — pewien „biznesmen” lubujący się w przebieraniu za pajaca, wydający pieniądze matki i brata oraz postrach tramwajarzy, który akurat wtedy szykował się do rozpoczęcia trzeciej kadencji i marnowania pieniędzy wrocławian. Powołali oni do życia abominację, która szczęśliwie rozpadła się po zaledwie roku i roztrwoniła „jedynie” dwa miliony złotych z kieszeni nas wszystkich. Jeszcze urzędujący prezydent naszego miasta określał się mianem wielkiego przyjaciela Śląska. Zapomniał o tym jednak w latach kolejnych, kiedy WKS Śląsk Wrocław, powoli zmierzający do ekstraklasy, potrzebował jego wsparcia. Pozostawiam to do przemyślenia przed nadchodzącym weekendem.

Wracając do tematu — drugi z panów, którego nazwijmy „Błaznem”, w 2012 roku — po katastrofie, która spotkała jego sztuczny twór, był już obrażony na cały świat. W związku z tym, kiedy jego WKK Wrocław w pierwszej lidze podejmowało nasz WKS, postanowił zrobić na złość i podnieść cenę biletu dla kibiców gości do 40,00 zł. Przypominam, że w tamtych czasach bilety kosztowały tam 5,00 zł. Poza rodzinami i przyjaciółmi zawodników, przysłowiowy pies z kulawą nogą nie chciał zawitać na inne mecze niż „derbowe”, właśnie ze Śląskiem. Po usłyszeniu błazeńskiej oferty wybuchnęliśmy śmiechem i postanowiliśmy oglądać mecz przed halą. Klub WKS Śląsk Wrocław zapłacił jednak haracz w naszym imieniu i ostatecznie weszliśmy po pierwszej kwarcie, która odbyła się przy akompaniamencie pisku butów na parkiecie.

Tu kończą się tak długo opisywane przeze mnie złe początki, a zaczyna bardzo dobra część historii, która z tego wyniknęła. Każdy z nas „zaoszczędzone” pieniądze postanowił przeznaczyć na cele charytatywne. Zebraliśmy równowartość naszych biletów i zaczęliśmy poszukiwania potrzebujących. Pomysłów było kilka, ale dość szybko udało się ustalić, że wśród naszych „przyjaciół nie-Kosynierów” znajduje się wolontariuszka fundacji „Mam marzenie”. Organizacja ta zajmuje się pomocą dość nietypową. Jej przedstawiciele organizują spotkania z dziećmi cierpiącymi na choroby poważnie zagrażające życiu, a następnie próbują ustalić, jakie „przyziemne” marzenia mają ci pacjenci, którzy spędzają większość czasu w przytłaczających szpitalach. Następnie poszukują osób, które są w stanie finansowo wspomóc realizację wspomnianych marzeń. Pozornie wydaje się to mniej ważne od leków bądź terapii, ale według rodziców jest nieocenione. Pomaga oderwać się od przykrej rzeczywistości, wywołuje na twarzach dzieci uśmiech, którego potrzebują, aby mieć siłę do dalszej walki z chorobą.

krzysiu-mam-marzeniePierwszym „naszym” marzycielem był trzyletni (wtedy) Krzyś, który pragnął terenowego samochodu na akumulator, w dodatku koniecznie ZIELONEGO. Nie mogliśmy przejść obojętnie obok chłopca pragnącego prezentu w barwach Śląska. Dzięki dyscyplinie w naszych szeregach, pieniądze zostały zebrane błyskawicznie (większość pod wspomnianą halą cyrkową), więc wystarczyło zamówić wymarzonego dżipa i dostarczyć Krzysiowi. Uśmiech na twarzy budzi wspomnienie wyścigu z czasem przy składaniu samochodu — nie dało się tego zrobić wcześniej, bo zamawiający kolega otrzymał części (znacznie więcej niż przewidzieliśmy) kurierem do pracy i prosto stamtąd pędził na spotkanie z realizacją. Jak wiadomo, jesienią dosyć szybko robi się ciemno, więc można powiedzieć, że pierwszy zapłon nastąpił już „w nocy”. Krzyś na początku był trochę nieśmiały, ale tylko do momentu, kiedy tata wsadził go do nowej terenówki. Wtedy w chłopcu obudził się demon prędkości, który ma potencjał, żeby w przyszłości zrobić karierę w off-road. Było to nasze pierwsze takie spotkanie i na początku czuliśmy się jeszcze mniej pewnie niż Krzyś — nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Po pierwszym wybuchu jego radości, byliśmy pewni, że będzie to niezapomniane przeżycie. Dla chłopca i jego rodziców, ale także dla nas. Z perspektywy czasu, bardzo nas cieszy, że ta historia potoczyła się dobrze (http://krzysioszachnowicz.pl/pl/aktualnosci.html). Naszym marzeniem jest, żeby wszyscy „nasi” podopieczni tak dzielnie wygrywali walkę z chorobą.

Zdjęcia i relacja wolontariuszki fundacji: http://www.mammarzenie.org/marzyciele/4679-Krzys/.

kuba-mam-marzenieW zeszłym miesiącu ponownie udało nam się zmobilizować i spełnić marzenie podopiecznego fundacji „Mam marzenie”. Urzekło nas to, że pięcioletni Kubuś potrzebował telewizora do grania w „Mortal Kombat”. Dzięki dobrowolnym wpłatom niektórych członków naszego stowarzyszenia i kilku „przyjaciół nie-Kosynierów”, dosyć szybko udało się zebrać potrzebne pieniądze. Nieco trudniejsze okazało się umówienie dogodnego terminu spotkania pomiędzy cyklami chemii Kubusia. Pierwotnie planowaliśmy dowieźć prezent do domu chłopca w Paczkowie, żeby został od razu przetestowany, ale ruchomy termin wizyty w klinice i zbliżający się 1 listopada krzyżowały nam szyki. W związku z tym zdecydowaliśmy się, wraz z rodzicami oraz przedstawicielami fundacji, na realizację marzenia w klinice. Z naszej strony obawialiśmy się przemęczenia chłopca, ale zamiast tego przeżyliśmy szok… Do zarezerwowanej na tę okoliczność biblioteki w pewnym momencie wpadło małe tornado — nie da się inaczej opisać Kuby. Przybijał wszystkim piątki, jakby nas znał od urodzenia, ucieszony biegał i skakał po całym pomieszczeniu, grał w koszo-siatko-piłko-nogę balonikami. O dziwo udało się na kilka minut zatrzymać go przy stole i poukładać klocki LEGO, które dostał od wolontariuszek (motyw przewodni to oczywiście ninja — jak ulubieni wojownicy marzyciela z gry, Scorpion i Sub-Zero). Po spotkaniu stwierdziliśmy, że gdyby nasi piłkarze i koszykarze wykazywali w tym sezonie chociaż połowę takiej energii jaka drzemie w tym chłopcu, to podwójne mistrzostwo mamy w kieszeni i możemy przymierzać się do powtórki świętowania z 2012 roku. Nazajutrz dostaliśmy wiadomość, że jeszcze tego samego dnia, po powrocie do domu, Kubuś już grał w „Mortal Kombat”, korzystając z Kinecta i nowego TV.

Zdjęcia i relacja wolontariuszki fundacji: http://www.mammarzenie.org/marzyciele/5945-Kuba/.

Zachęcamy Was do tego, żebyście również spróbowali wspomóc fundację – np. mobilizując swój zespół w pracy lub znajomych ze szkoły/studiów. Potrzebujących marzycieli jest wielu. Tutaj aktualne dane tylko z naszego województwa: http://www.mammarzenie.org/marzyciele/poczekalnia/oddzial/wroclaw/. Zbliżają się rozliczenia, więc pomyślcie o 1% podatku. Wydaje się to niewiele, ale między innymi dzięki temu, rodzice Krzysia mogli udać się z nim na terapię za granicę — bez tego nie miałby szans na tak sprawną walkę z chorobą i prawdopodobnie do dzisiaj spędzałby połowę każdego roku w polskich szpitalach.

Mamy nadzieję, że będzie nas coraz więcej na sektorze, a co za tym idzie, częściej będziemy mogli wspierać podobne inicjatywy. Jeszcze w tym roku powinno nam się udać zrobić coś dobrego dla najmłodszych, ale o tym przekonacie się podczas meczów Śląska Wrocław, w hali Orbita.

Kutno, 8. listopada 2014

Ostrzyliśmy sobie na ten wyjazd zęby. Fajna hala, sobota, dobra droga i znośna odległość. No i 5:0 do tej pory. Niestety, zamiast nadkompletu musieliśmy zawieźć sporo pustych krzesełek do beniaminka. Pozostaje powiedzieć, parafrazując klasyka, jaka szkoda, że państwo w tym nie uczestniczyli.

Ostatecznie do Kutna wybraliśmy się w 31 osób.

Jazda

1002672_744180742297030_2135840565649714458_nW punkcie zbiórki czekał kierowca, który wiózł nas rok temu w trybie awaryjnym do Zgorzelca. Co ciekawe, tym razem też był w zastępstwie (za wodzireja) – ale już bez spóźnień. Trasa na każdy możliwy sposób sprzyjała szybkiej jeździe, więc do celu docieramy z bezpiecznym zapasem na szukanie hali, parkowanie, zakup biletów i mozolne przejście przez kontrolę, sprawdzeni przez wykrywacz metali (to chyba pierwszy nasz taki przypadek). Ciekawe, czy kibice gospodarzy też przez taką kontrolę przechodzą?

Wcześniej gospodarzy ucieszył nasz niepełny autokar, dzięki czemu na to hitowe spotkanie mogli rzucić kilka dodatkowych biletów plus wprowadzone specjalnie na ten dzień bilety stojące.

Mecz

10752373_900052770007270_1383326560_oWejście na halę zapowiadało problemy – genialna akustyka i żyjąca publika dawało po uszach, tak że z trudem człowiek słyszał własne myśli. Szybko się jednak okazało, że i w takich warunkach weterani dopingu są w stanie sobie poradzić – szczególnie że miejscowych stać było jedynie na chwilowe zrywy. Sektor B robił swoje.

Obawialiśmy się tego meczu pod kątem wyniku. I to potwierdzało się na parkiecie – szalony początek serii trójek pozwolił kutnianom odskoczyć na jakieś 10 punktów, które potem mozolnie musieliśmy odrabiać. To samo powtórzyło się w drugiej połowie – odskok i mozolne odrabianie. I chyba w tym tkwi największa siła tegorocznego składu – doświadczenie, które pomaga w cierpliwym graniu na wynik. W końcówce wszystko było jak należy – obrona, decyzje rzutowe, kontrola tempa. I dlatego mogliśmy cieszyć się wspólnie z szóstego zwycięstwa z rzędu.

DSC09883Po meczu dowiedzieliśmy się skąd taki dobry skład i wyniki – miejscowe plotki mówią o 20-tu milionach budżetu Śląska. Pogratulować prezesowi obrotności! Oprócz tego co chwilę podchodzili do nas miejscowi gratulując dopingu – szczególne słowa uznania kierując do bębniarza, który w Kutnie odwalił kawał dobrej roboty.

Powrót

Za drogę powrotną największe brawa należą się kierowcy, który we mgle ograniczającej widoczność do jakichś 5 metrów nie zgubił się ani razu. We Wrocławiu, po dość wesołym kursie, meldujemy się po godzinie 23.

Teraz Zgorzelec

Do Radomia (mecz w piątek) raczej nie pojedziemy. Kolejny wyjazd czeka nas w poniedziałek 8. grudnia – celem będzie Zgorzelec, prawdopodobnie już w nowej hali. Mówimy o tym już teraz, by zawczasu każdy chętny mógł ustawić sobie wolne w pracy, uzbierać gotówkę (~ 50 zł) i zadbać, by wsiąść z nami do autokaru… a może dwóch?

Wcześniej, w poniedziałek 17. listopada, podejmiemy w Hali Orbita Żubra i jego Pierniki. Początek spotkania o godzinie 19, bilety na nasz sektor w cenie 10 zł.

Zarówno na wyjazd jak i na mecze u nas możecie zapisać się pod adresem kontakt@kosynierzy.info

Zaskoczeni

54442b88ec9091_37534940Nie wiemy czym sobie zasłużyliśmy na telewizyjną laurkę w wykonaniu Macieja Szlachtowicza, ale przyznać musimy, że nas zaskoczyła. Że jednak jesteśmy wredni z natury i przeczuleni na punkcie historii, to zamiast podziękowań, będą zgryźliwe uwagi:

* WKS Śląsk Wrocław powstał w 1947 roku, sekcja koszykówki rok później; jakby tego nie liczyć, to jednak wody w Odrze od początku klubu upłynęło trochę więcej niż tyle co przez “cztery lata”,
* oprawa podczas meczu przeciwko drużynie z Zielonej Góry (na marginesie – szkoda, że żadna z naszych licznych opraw na materiał się nie załapała) była z okazji naszych jedenastych urodzin – przez ten okres żadnej przerwy sobie nie robiliśmy (chyba, że w wakacje), więc przy drugiej lidze spędziliśmy również trzy sezony (w tym skromne dziewięć wyjazdów) po decyzji Grabarza, a przed przyjściem obecnej ekipy rządzącej,
* nie chcemy straszyć, ale te gęsto wymienione tańsze bilety są nieco złudne – “zaoszczędzoną” kwotę przeznaczamy na oprawy, wyjazdy oraz działalność charytatywną, o której wkrótce napiszemy coś więcej.

Fakt jednak faktem – nie jesteśmy zamkniętą grupą wzajemnej adoracji i chętnie przyjmiemy do Stowarzyszenia Kosynierzy nowe osoby. Zapraszamy również na wyjazd do Kutna, to na wyjazdach najlepiej wychodzi wspólne zapoznawanie się z nowymi osobami. Gdzie nas znaleźć – wiecie.

Polska, bo w Polsce… Liga Koszykówki

Sezon 2011/2012

Podczas rozgrywek, które zakończyliśmy awansem do 1. ligi na parkietach w barwach Śląska wystąpiło 16-tu zawodników. Pośród nich 10-ciu było wychowankami Śląska Wrocław, z uwagi na przepisy obcokrajowcy występować nie mogli. Czterech graczy zaliczyło mniej niż 10 spotkań, więc przyjrzymy się im mniej szczegółowo. Nie mniej jednak, każdy z czwórki graczy: Aleksander Raczek, Kacper Kowalski, Maksym Kulon oraz Piotr Bawolski (kontuzja i decydujący mecz w Ostrowie z nami na trybunach), dołożył swoją cegiełkę (i nie chodzi nam o rzuty jakimi raczył nas np….), które w efekcie dały nam upragniony awans. Najlepiej punktującym był Radosław Hyży, ale wychowankowie WKS-u w całym sezonie zdobyli średnio ponad 60% zdobywanych punktów, a w podstawowej piątce na parkiet zazwyczaj wychodziło 3 graczy, którzy swe kariery zaczynali w Śląsku.

Sezon 2012/2013

Rok później na zapleczu ekstraklasy w barwach Śląska wystąpiło 15-tu graczy, ale 3-ech z nich Marcin Skorek, Marc Oscar-Sanny, Przemysław Hajnsz (kontuzja) zagrało mniej niż 5 razy, więc tym razem ich pominiemy w rozważaniach. Na dwunastu pozostałych średnia wieku wynosiła 25 lat, ale jedynie 5-ciu było wychowankami WKS-u, a więc już z tych liczb wynika, że ich rola w drużynie została mocno ograniczona. W całym sezonie rzucili nieco ponad 20% punktów ze wszystkich zdobytych przez zespół. Najlepiej punktowali Hyży, Kikowski, Flieger, a w wyjściowej piątce pozostał jedynie kapitan Adrian Mroczek – Truskowski. A i to nie zawsze.

Sezon 2013/2014

Wszyscy wiele obiecywali sobie po ekstraklasie, pomimo tego że byliśmy beniaminkiem w tej klasie rozgrywkowej. Franjo Bualo, Maksym Kulon, Tomasz Ochońko rozegrali mniej niż 10 spotkań, więc tym razem ich odeślemy na trybuny w tych rozważaniach. Niestety, wraz z występami w PLK, ze składu wylecieli nasi wychowankowie i pozostał nam jedynie Adrian Mroczek – Truskowski (jego wkład w wyniki to 3% zdobytych punktów). Wylecieli również Polacy, zastąpieni niekiedy mocno wątpliwej klasy fachowcami – na 12-tu graczy 5-ciu było obcokrajowcami. Pomimo dyskusyjnych umiejętności naszych “stranieri” zdobyli ponad połowę – 54% uzyskanych przez Śląsk punktów.

Sezon 2014/2015

Do Śląska po rocznej absencji w składzie powrócił Norbert Kulon i jest to jedyny wychowanek WKS-u który zanotował swoją obecność w składzie – grając w sumie nieco ponad 8  minut w 5 meczach (Superpucharu nie liczmy). Mamy w zespole 4 obcokrajowców z czego jeden z nich zagrał w 5 meczach średnio 5 minut oraz Litwina z polskim paszportem. Wkład punktowy Polaków w tym sezonie stanowi 31% wszystkich zdobytych przez Śląsk punktów. Wychowanków…

Dziękuję za uwagę.