Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Author Archive for drughi

Kłamca czy głupiec?

Co w takiej chwili można napisać? Kontynuator tradycji WKS Śląsk Wrocław za jaki miałem zespół występujący pod rządami Waldemara Siemińskiego i Mariusza Bałuszyńskiego przestaje istnieć.

Tym samym w moim mniemaniu dwóch wyżej wymienionych Panów pogrzebało (?) hmm porwało, spaliło, podarło najpiękniejsza kartę w historii polskiej koszykówki.

Niedawno Panie prezesie Bałuszyński, dowiedział się Pan o istnieniu tejże strony. Być może więc przeczyta Pan ten tekst. Do tej pory mam w uszach Pańskie słowa przekazywane piszącemu tutaj yanoo, że “będzie dobrze”. Cała zawierucha w lecie miała być ściemą i wszystko miało być ok. Tak Pan zapewniał nas żebyśmy się nie martwili bo “będzie dobrze”.

Proponuje Panu właścicielowi Waldemarowi Siemińskiemu, aby zapytał teraz czy dobrze wszyscy pracowali, skoro klub upadł. No, ale jak znam życie pewnie jakaś gazeta coś przekręciła, a układ zniszczył wszystko itd  itp. Może i tak… ale dlaczego ja, skromny kibic nie opuszczający żadnego meczu, jeżdżący na wyjazdy i zdzierający gardło mam o tym wszystkim myśleć.

Żal. Żałość. Żenada.

Ale tak: “Dobrze pracujecie, dobrze pracujecie - Ślask najlepszy jest na świecie”.

Bo my jesteśmy nienormalni… albo normalni inaczej.

Dochodzę do wniosku, że jestem z innej planety, albo epoki. Ja i jeszcze kilku oszołomów i oszołomek. Jakkolwiek to nazwać, to mam znacząco odmienne zdanie odnośnie sposobu wspierania drużyny w czasie meczu i dopingu w ogóle, niż większość ludzi zasiadających w halach gdzie mecze rozgrywają koszykarze. Dotyczy to zarówno tej wrocławskiej, jak innych.

Do szału doprowadzają mnie debilne trąbki, które bardziej mi się kojarzą z odpustowymi straganami i tego typu festynami niż z widowiskami sportowymi. O przepraszam, w Zakopanem bardzo to popularne w czasie skoków narciarskich. Tłum ludzi zaczyna trąbić i trąbić… jest super fajnie. Wprost idealnie. Każdy potrąbi sobie i odczuwa ogromną satysfakcje z tego, że wspierał „swoich”. Jeśli to ma być „nasza” polska jakość, a cały doping ma polegać na dmuchaniu w ten instrument do zaplucia ludzi wkoło, to gratuluje inwencji i pomysłowości ale ja się wypisuję. Generalnie gdybym mógł, to bym zakazał używania i produkcji tego typu wynalazków. Tak samo osłabiają mnie drewniane klapki zakładane na rączki celem głośniejszego klaskania. Pamiętam jak w 2003 kibice z Włocławka zasiadający w Orbicie na sektorze H byli uzbrojeni w te drewniane sztachety na rękach. Rytmiczne uderzanie okazało się bardzo głośne… o tyle głośne, że w żaden sposób nie można się było domyślić co oni tam śpiewali.

To samo się tyczy trąbek podłączonych do butli z gazem. To jest naprawdę głośne. A jeszcze bardziej wkurzające. We Włocławku to standard od lat wielu chociaż nie wszystkim to pasuje (podobnie chyba myślących do mnie), co niejednokrotnie mogłem wyczytać. We Wrocławiu pojawiło się to ustrojstwo kiedyś na meczu ze Stalą Ostrów. Nie była to nasza inicjatywa, ale korzystaliśmy z tego, to fakt niepodważalny. Trudno. Jeden jedyny raz i już w czasie meczu przestało się nam podobać. O ile w ogóle komuś się spodobało. Mi na pewno nie. Gwizdki i syreny? No teoretycznie tutaj pójdę na ustępstwa, żeby od czasu do czasu poprzeszkadzać rywalom hałasując tymi to urządzeniami.

Doping puszczany z głośników. Nie wiem jak to nazwać. Jak dla mnie to jest już szczyt frajerstwa. Chociaż wyczytałem, że we Wrocławiu się tak robi. No cóż, skoro ktoś jest takim debilem, że nie odróżnia dopingu puszczanego z kasety w czasie akcji (np. Sopot) od piosenki (np. niepokonany Śląsk Wrocław nasz ukochany) puszczanej w przerwach, czasem podczas występu tancerek, to polecam wizytę u specjalisty.

Jeszcze rzecz odnośnie spikerów. Nie wiem jak ograniczają ich przepisy w każdym razie jeżeli oglądając mecz w telewizji lepiej słyszę spikera z hali niż komentatora, to coś chyba jest nie tak. Jak dla mnie spiker ma podać składu i może się zamknąć do końca meczu. No wiem że przesadzam, niech sobie powie kto rzucił punkty, kto sfaulował, niech czasem zachęci do dopingu. Swego czasu wyrywaliśmy sobie włosy z głowy słysząc, jak Marian Czajkowski będąc na hali komentował na bieżąco mecz. Z czasem nasz nowy spiker mówiąc kolokwialnie się wyrobił. I od jakiegoś czasu można usłyszeć „Marian Czajkowski najlepszym spikerem Polski” ;). Czasem zachęcić do dopingu. Właśnie – ale nie sterować nim przez cały mecz. Jeżeli ma takie ambicje niech stanie wśród kibiców i spróbuje bez mikrofonu zagrzewać do walki! Zresztą mam przeczucie, że jeszcze ktoś będzie chciał coś w tym temacie wspomnieć, więc nic już nie pisze.

Po prostu tego typu mechaniczne wspomagacze to dla mnie żal i szczerze tego nie lubię i pod żadnym pozorem nie akceptuje. Cała kwestia rozbija się o „antydoping”. Niektórym się tak utarło że skoro akcję ma przeciwnik to trzeba gwizdać, tupać, buczeć, trąbić. Dla mnie to chory debilizm.

Ja natomiast jestem chyba skończonym idiotą, bo nie tylko nie chce tego robić a wolę w tym czasie uwaga – pośpiewać … straszne rzeczy. Do tego poklaskać sobie, pomachać szalikiem, poskakać. Niewiarygodne. Jakiś debil. I nie chodzi mi o to żeby krzyknąć 2 razy np. Czarni (Słupsk) czy WKS… ale pośpiewać coś dajmy na to już odnosząc się do specyficznych koszykarskich realiów 2-3 minuty … no nie … to już kompletna przesada. Przecież przy tym można się zmęczyć albo spocić a nawet by trzeba było wstać. Po minucie brakuje tchu. Boli głowa i gardło. Chamski jestem co nie? W Starogardzie Gdańskim ostatnio w 30 osób śpiewaliśmy jedną rzecz przez półtorej kwarty … jakieś 15 minut. Dziwacy jacyś. Pewnie schlali się. Śpiewali nawet jak była przerwa miedzy kwartami i czas dla trenerów. To już przesada. O wiem – kibole! W saunach typu hala w Zgorzelcu gdy na dworze jest upał najchętniej poskakałbym bez koszulki, ale aż strach się bać reakcji niektórych wszystkowiedzących. Dlatego jestem nienormalny….

A tak. Na przekór.

Może to się wydać zadziwiające dla niektórych, ale Śląsk wygrał w Zgorzelcu dopiero drugi mecz odkąd Turów w 2004 roku awansował do ekstraklasy. Ostatnie zwycięstwo miało miejsce rok temu, kiedy to odbył się … drugi mecz ½ finału play off, a fantastyczny występ zanotował „Stefan”. We wtorek 29.04.2008 w drugim meczu ½ finału play off w Zgorzelcu wygrał… Śląsk. Szczególne brawa należą się za ten mecz Dominikowi Tomczykowi, ale najbardziej zadziwił mnie Paweł Mróz – swoimi trójkami i kapitalnym wsadem.

Teoretycznie wyjazd jakich mało. Ciepło i sympatycznie. Blisko, do tego przecież półfinał. No niestety, tym razem ekipa autokarowa znacznie się zmniejszyła w porównaniu do pierwszego meczu w niedzielę. Dużo osób w środku tygodnia nie zdołało się urwać z pracy/szkoły i ruszyło swoimi samochodami, dzięki czemu w „Konradku” było bardziej komfortowo.

W ciągu ostatniego miesiąca to chyba 5. wyjazd już dla niektórych, co w sposób bardzo dotkliwy wpłynęło na grubość naszych portfeli. Tym samym dwie bohaterki postanowiły do Zgorzelca jechać autostopem. Co im się zresztą udało i na miejsce dotarły grubo przed meczem. Korzystając z wolnego czasu pozwiedzały nawet sklepy u naszych zachodnich sąsiadów.

W ogóle splot dziwnych i niezbyt sympatycznych, że tak się wyrażę zdarzeń, miał miejsce przy okazji tego meczu. O autostopowiczkach już napisałem, a w poniedziałek wypadek miał kierowca bolidu, który miał jechać na mecz i zabrać 4 inne osoby. Ostatecznie w hali nie było tylko kierowcy. W niedzielę jechał autobusem, a we wtorek pozostało mu słuchanie transmisji w radio. Rano okazało się, że kierownik wycieczki zapomniał telefonu.

Na zbiórkę autokarową nie dotarł jeden z kibiców, bo utknął w korku. Potem chciał nas ścigać taryfą, ale ostatecznie zabrał się jednym z aut osobowych. A przez 2 dni organizował sobie fundusze na wyjazd, więc determinacja godna podziwu. Koniec końców był taki, że to on czekał na nas pod halą. Dwie inne osoby do tej pory nie dają znaku co się z nimi dzieje, a miały jechać z nami na mecz. Na jednym z postojów obleciał nas strach, bo autobus dziwnie zgasł… ale to akurat kierowca sobie z nas jaja robił :]

Hyży kontuzjowany. Giedraitis i Chanas nie grali. Homan raczej niedużo czasu na parkiecie spędził. O Stefańskim nie wspomnę. Martin pierwszy dłuższy mecz po kontuzji. A jednak wobec tych wszystkich przeciwności losu udało się pokonać Turów w Zgorzelcu. Radość wielka. Tym większa dla tych, którym mimo wszystko udało się mecz na żywo obejrzeć i wesprzeć Śląsk w tej ciężkiej batalii. Tylko tej giętej z „Węglowego” trochę żal, bo się szybko zmyliśmy po meczu…