Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Author Archive for drughi

19. kolejka II ligi – 21.02 – Nysa Kłodzko 86:78 Śląsk Wrocław

W porównaniu z zeszłorocznym meczem wszystko było in minus, poza wynikiem – bo teraz chociaż przegraliśmy, to po wspaniałej walce i dogrywce. Być może przesadzam, ale to odczucia mocno indywidualne.  Pojechaliśmy wszyscy razem w słabiutkiej liczbie, która nie zwiastuje niczego dobrego na przyszłość. Wycieczka jak zwykle w miłej atmosferze co zapewne potwierdzi jedna piękna opolanka, której podróż umilał nasz rubaszny nicpoń – nader wesoły tego dnia.

W zeszłym roku witaliśmy wiosnę, a towarzyszyła nam przy tym piękna pogoda dzięki której na kilka godzin rozbiliśmy dość wystawny piknik nad rzeką i na tamten czas nie znalazł się żaden służbista, który by nas przegonił i zepsuł humor a powody wszak były :) W tym roku skorzystaliśmy z zaproszenia i gościny naszego kłodzkiego kuchmistrza z zaprzyjaźnionego lokalu, w którym to po przybyciu do Kłodzka urzędowaliśmy  grubo ponad godzinę. Za co serdeczne dzięki i do następnego! Później część z nas wybrała się na halę, część na zakupy, a reszta na spacer po mieście. Grupa zwiedzająca nie załapała się niestety na łyżwy; na tydzień przed zakończeniem sezonu zimowego okazało się iż nie było rozmiarów odpowiednich, a na propozycje, że poradzą sobie na lodowisku w butach usłyszeli kategoryczny sprzeciw.

Po strzeleniu – dosłownym – kilku pamiątkowych fotek udali się do samej twierdzy kłodzkiej, która to była jak na złość zamknięta. Podziwiając widoki spod bramy Twierdzy Kłodzkiej zostali zaatakowani przez grupkę miejscowych. Będąc na górze bronili się zaciekle i choć rywale próbowali akcji oskrzydlających z lewej flanki, to trwająca blisko 30 minut wojna na śnieżki została wygrana przez kibiców Śląska. Młodzi kłodzczanie następnie wyrazili chęć pójścia razem z nami na mecz, jednak topniejący śnieg wzbudził większe w nich emocje niż derby Dolnego Śląska i zostawili nas bez żalu.

Skromna liczba raczej uniemożliwiła chóralne śpiewy i mega doping z naszej strony, aczkolwiek zaangażowania, poświęcenia i wytrwałości sobie odmawiać nie będziemy. Bądź co bądź nie często się zdarza zedrzeć gardło do autentycznej krwi, a właśnie to miało miejsce w Kłodzku.  Parę sędziowską z tego meczu zapamiętam z 2 powodów – pierwszy to taki, że byli słabi, albo bardzo słabi, a drugi to fakt odgwizdania błędu 3 sekund chwilę po zwróceniu im uwagi z trybun.

Ci co byli jednak nie żałowali, nawet biorąc pod uwagę nad wyraz drogą podróż powrotną dzięki uprzejmości odpowiednich służb, których nigdy nie ma tam gdzie ich potrzeba najbardziej, a są zawsze tam gdzie ich obecność jest zbędna. Ale pewnie premia będzie…

Można być człowiekiem rozumnym, ale można być też zwykłym chujem.

23.01.2010 r. Siechnice – czyli powrót do korzenia.

Rok temu w lutym temperatura była na tyle wiosenna, że do Siechnic wybraliśmy się 3-4 godziny przed rozpoczęciem meczu z zamiarem piknikowo – biesiadnym. Po znalezieniu odpowiedniej miejscówki, pięknie położonej notabene i zaznajomieniu się z kierownikiem obiektu, swoje zastosowanie po raz kolejny znalazła czarna walizeczka. Ekipa grillowa przygotowała podkład dla drugiej większej grupy która przybyła później, a impreza trwała również po meczu i większość zgodnie przyznała że takie wyjazdy to jest to!

W tym roku było nas mniej niestety (23). Zresztą jak i ludzi na samej hali – w zeszłym sezonie pękała w szwach, teraz było niestety troszkę łyso i szkoda. Panujące mrozy zniweczyły plany ponownego grilla, a takowe założenia były poczynione. Niestety po raz kolejny nie wypaliło dosłownie i w przenośni. Mimo tego niezwykle przykrego faktu udało się odnaleźć wielki pozytyw tej wyprawy do jakże dalekich Siechnic.  Zupełnie przypadkiem w gruncie rzeczy odkryta została pijalnia piwa „Oaza” w której to urzędowaliśmy przed i po meczu.

Sam mecz zakończył się pewnym zwycięstwem gości którzy jednak w 1 połowie mieli spore problemy z graczami gospodarzy i przegrywali dwoma punktami.

„Powrót do korzenia” – tak został wyjazd podsumowany w „Oazie” i wypada się tylko zgodzić. Niepotrzebna jest euroliga, wielkie hale i ‘wielcy kibice’ na trybunach. Zaangażowanie na boisku w każdej lidze cieszy tak samo tych którzy przez cały mecz zdzierają gardła– i o to w tym chodzi.

Widząc walkę na parkiecie jak na naszą skromną, jak to już jest ostatnimi czasy, liczbę udało się zrobić naprawdę porządny doping, a że hala w Siechnicach dość wysoka z dobrą akustyką to i słychać nas było znakomicie. Odkurzone piosenki „We Wrocławiu We Wrocławiu”,  ciągnięte „Zielono-Biało-Czerwoni” na melodie For He’s A Jolly Good Fellow przez parę minut jak nigdy, czy śpiewane „Śląsk Wrocław to jest potęga”, czy też na zakończenie „Che sera sera” sprawiły, że niektórzy w końcu byli usatysfakcjonowani repertuarem… : ) i tym razem Yeden kolega nie umoczył i się pojawił na wyjeździe.

9. kolejka II ligi – 5.12 – Pogoń Prudnik 66:79 WKS Śląsk

Po meczu w Ostrowie upomniano mnie “imiennie” abym dodał coś od siebie w temacie meczu Stal – Śląsk z 7. kolejki, kiedy to udało się wywieźć zwycięstwo z Wielkopolski. Jednak zimowy sen dał się we znaki na tyle, że nie udało się ogarnąć w sensownym czasie tamtej relacji.

Inna sprawa, że na innym blogu uczestnik tamtego wyjazdu opisał w kilku słowach – takich jak i ja bym chciał – co się działo, głównie z naciskiem, czemu nie gwiżdże się błędu 3 sekund w “trumnie”. Może uczepił się, że hala mała, ale jakoś mi to nigdy nie przeszkadzało, więc w ogóle o tym zapomniałem. Godne podkreślenia było świetne zachowanie naszych młodych koszykarzy po meczu, kiedy to wspólnymi śpiewami i okrzykami uczciliśmy wygraną.

W sobotę 5. grudnia odbył się mecz w Prudniku, Śląsk przegrał z Pogonią 66:79. Szkoda porażki, bo zwycięstwo było w zasięgu ręki gdyby tylko udało się grać konsekwentnie i bez głupawych strat. Rzuty o tablice graczy Pogoni najpierw nas rozśmieszały, później denerwowały, a na koniec dobiły i to miejscowi cieszyli się ze zwycięstwa.

Kolega Yanoo po raz kolejny dał ciała i z przyczyn dla nas nieznanych wykręcił się od wyjazdu, a w Prudniku zjawiliśmy się pierwszy raz. Jak zwykle nie wyjechaliśmy o czasie, aczkolwiek tym razem udało się nie spóźnić na początek spotkania, co już chyba trzeba uznać za sukces. Piszący te słowa zakończył wyjazd niepocieszony. Po raz kolejny mieliśmy zaplanowane spotkanie przy grillu i znowu, tak jak 2 tygodnie wcześniej jadąc do Ostrowa tak i do Prudnika zabrakło czasu. Tym razem decydującą rolę odegrał agregat na Krakowskiej. Co się odwlecze… więc H. D. B. i inni są dobrej myśli.

W Prudniku zastaliśmy halę małą, ale ładną i do tego z balkonami, które to osobiście uwielbiam. Niestety były one zamknięte i trzeba było się gnieździć na małych rozkładanych trybunach, jakie już chyba zastaliśmy w Kłodzku czy Siechnicach. Można powiedzieć, że w 15 osób zrobiliśmy bardzo dobry doping, głośny, donośny i urozmaicony. Cała 3 kwarta w rytmie Hej Śląsk, sprawiła, że miejscowy widz proponował nam zmianę repertuaru:)

Kolejny wyjazd i mecz pokazał, że warto chodzić na 2 ligę. Niestety wielu ludziom to przez myśl nie przejdzie, bo im się należy euroliga i to od razu. Szkoda, że takie pustostany stąpają po wrocławskiej ziemi….

Ważni politycy i inni celebryci.

Przeszło tydzień temu rozpoczęła się akcja (medialna, bo podobno od roku ciężko nad tym kilka osób pracuje w zaciszu), której już sama nazwa budzi we mnie niesmak „Śląsk – reaktywacja”. Dlaczego do całej akcji podchodzę bez pozytywnych emocji to kiedy indziej. Prawdę mówiąc nie zrobiłem kompletnie nic w ramach całej pseudo-akcji-reaktywacji, poza tym że pojawiłem się w strugach deszczu na wrocławskim rynku w sobotę 18.07.2009 r.

Tak czy inaczej – pusty śmiech mnie ogarnia, gdy widzę na stronie slask-reaktywacja.pl jakie to ważne osoby wspierają całą akcję. Grzegorz Schetyna (bez komentarza), Bogdan Zdrojewski, Kazimierz Ujazdowski, Janusz Krasoń, Leon Kieres, Jerzy Szmajdziński, Dariusz Jackiewicz, a do tego komendant główny Policji Andrzej Matejuk. Zastanawiam się w jaki sposób wymienione osoby wsparły/wspierają akcję odbudowy Śląska. Nie mniej jednak warto się przecież pokazać, „popieram akcje” itd.

Najśmieszniejsze jest poparcie dziennikarzy :) no a jakże, w końcu o czymś muszą pisać/mówić. Nie twierdzę, iż jestem wielce obeznany, ale z czego tak znaną osobistością jest Jarosław Kuźniar – dziennikarz nie mam bladego pojęcia.

Domyślam się, że wszyscy celebryci żywo zaangażowani w życie klubu, dowiedziawszy się o wszystkich tych szlachetnych działaniach mających doprowadzić do ponownego przeżywania wspaniałych koszykarskich emocji, rozgrzali skrzynki emaliowe czy też telefony organizatorów zasypując ich swoimi głosami poparcia. Nie mniej jednak poparcie takich celebrytów  jest niezwykle ważne, gdyż podnosi rangę (?) całej akcji – skoro osobistości z pierwszych stron gazet wspierają/popierają przedsięwzięcie.

Wśród głosów poparcia zacytuje :

- pana Dawida Jackiewicza: „Pokażmy, że jako kibice będziemy trwać przy swoim klubie w tych trudnych momentach i że do ostatniej sekundy będziemy walczyć o powrót Mistrza do gry!” – ilu kibiców trwało przy swoim klubie mieliśmy najlepszy tego przykład w minionym sezonie w „Kosynierce”

- pana Janusza Krasonia : „Z całego serca popieram reaktywację wrocławskiej koszykówki, kojarzonej w Polsce i Europie głównie ze Śląskiem” i panią Izabellę Skrybant-Dziewiątkowską (idę o zakład, że ¾ czytających zapyta kim jest ta Pani) „Koszykówka musi wrócić do Wrocławia. Nie można jej powiedzieć, jak Pameli z mojej piosenki “żegnaj”” – wszystkim zależy na koszykówce, na Śląsku. Cudownie. Szkoda że nikt się nie zorientował, że ona nigdzie nie wyjechała z Wrocławia.
- Marcina Gortata : „To zawsze był wielki klub z ogromną tradycją i sukcesami. Dlatego trzeba zrobić wszystko by przywrócić Wrocławiowi koszykarską ekstraklasę, na którą to miasto i kibice bez wątpienia zasługują.” – otóż nie zasługują. Nie zasługują kibice bo się odwrócili i w nosie mieli rozgrywki 2-ligowe w hali przy ul. Mieszczańskiej, a tam przecież nie dość, że była KOSZYKÓWKA, to grał WKS ŚLĄSK i to właśnie tam mogli pokazać jak bardzo kochają koszykarski Śląsk. Niestety, niektórym przyzwyczajonym do spotkań o złote medale chyba wstyd było się pokazać w starej wysłużonej „Kosynierce” – nie zasługuje tym bardziej miasto które w nosie ma działania mające przywrócić tchnienie w ten klub.

Sezon 2006/07 w naszej galerii

Zacznę jak kolega: razem z kolegą yanoo uzupełniliśmy galerię o sezon 2006/07. A jaki to był sezon?

Na początku sezonu definitywnie (czy aby na pewno?) pożegnaliśmy z klubu obecnego vice premiera Grzegorza Schetynę. Przekazał klub Waldemarowi Siemińskiemu i wszyscy byliśmy pełni nadziei na lepsze jutro. Trenerem ponownie został „Furioso” Urlep co gwarantowało walkę na parkiecie od pierwszej do ostatniej minuty. Ale prawdziwe pożegnanie nastąpiło 22.10.2006 roku… Podczas pierwszego meczu z Polpharmą Starogard Gdański, z okazji zakończenia kariery MACIEJ ZIELIŃSKI został uhonorowany przez klub WKS Śląsk. Numer 9 z którym występował w Śląsku został zastrzeżony i już nikt nigdy (mam nadzieję, że nie znajdzie się oszołom który to zmieni!) nie wystąpi w koszulce z dziewiątką na plecach. Zielony Na Zawsze!

Praktycznie na każdym meczu wówczas był komplet publiczności, mimo jak zawsze wysokich cen biletów. Nie udało się rozegrać żadnego spotkania w Hali Ludowej niestety, ale Orbita na wielu spotkaniach pękała w szwach. Od pierwszego zwycięskiego meczu wytworzyła się wspaniała atmosfera wokół zespołu. Właśnie – zespołu. Wszyscy mieli świadomość, że Śląsk jest zespołem i zgraną ekipą pod wodzą Urlepa, a nie bandą gwiazdeczek. W Śląsku został ostatni z 3 wielkich, czyli Dominik Tomczyk, macedoński snajper Aleksandar Dimitrovski niestety z powodu kłopotów zdrowotnych nie dokończył sezonu, nasz wychowanek Kamil Chanas większą część sezonu leczył się z powodu kontuzji, jakiej nabawił się sezon wcześniej w Starogardzie, wrócił Radek Hyży, dołączyli Oliver Stević, który, okazał się być strzałem w 10tke, Branislav Jancikin, o którym Urlep mówił, że będzie lepszy niż Goran Jagodnik (hahaha) oraz Miha Fon. Rozgrywającym został Amerykanin Tim Kisner, który po prawdzie miał tylko jeden dobry mecz, ale kilkoma gestami w meczu z Anwilem sprawił, że na zawsze znalazł miejsce w naszej pamięci. Niestety z powodu słabej gry (spowodowanej jakby nie było kontuzjami stawów skokowych) również nie dokończył sezonu. Do zespołu dołączył Brandun Hughes, który chyba grał już we wszystkich klubach w Polsce. Rzucił dla nas wiele ważnych punktów w końcówce sezonu, aczkolwiek wielu z nas zapamiętało go… spod sklepu Żabka… :) pierwszym centrem miał być Glen Elliott, który był w przeszłości ochroniarzem znanego rapera amerykańskiego, co zresztą było widać na parkiecie. Później zastąpił go Zendon Hamilton, który grał przeciętnie i nigdy nie pokazał swoich prawdziwych umiejętności. Jednak tym, który ciągnął grę był Dean Oliver. Nie był to, co prawda gracz na miarę Reja Miglinieksa, czy Lynna Greera, ale swą grą udowodnił, że warto było na niego postawić i szkoda, że nie został na dłużej we Wrocławiu. Na jego cześć odkurzyliśmy melodię, na którą dawno temu już śpiewano „Williams okey”.

Wiele projektów czekających na realizację udało się zrealizować. Troszkę wówczas jeździliśmy na wyjazdy, w mniejszych lub większych liczbach. Rekordem okazało się 120 osób we Włocławku. Udało się zaprezentować kilka opraw, odkurzyliśmy flagę giganta „Cała Polska w cieniu Śląska”, którą trzeba było pozszywać nieco. Zadebiutowały też 4 inne flagi na płot/szybę, w tym najważniejsza na cześć, pamięć i chwałę tego najważniejszego. Pojawiło się kilka szalików i koszulek własnej produkcji. Na stałe wówczas zagościliśmy na sektorze B, dzięki czemu byliśmy bliżej reszty kibiców. Rekord frekwencji zanotowano na meczu z Prokomem 22.12.2006, gdzie pierwszy raz od kilku lat pojawiły się „koniki” pod halą. Wówczas też zorganizowaliśmy sobie, na większą niż zwykle skalę, akcje z konfetti wyrzucanym po pierwszych punktach. Mieliśmy rozdać jak najwięcej, żeby starczyło na jedną stronę hali w optymistycznych założeniach. Jak się okazało konfetti było za dużo i nie zdarzyliśmy rozdać całej Orbicie, efektem czego było wyrzucanie reklamówek w górę, przez co zmarnowaliśmy potencjał makulaturowy jaki w nas drzemał.

Mieliśmy nadzieję na finał. Na 18tkę. Na kolejne złoto, a zatrzymał nas Turów Zgorzelec. Nie ulega wątpliwości, że zgorzelczanie byli lepsi i zasłużenie awansowali do finału. Nie mniej jednak, rywalizacje z Turowem zapamiętamy między innymi z powodu pewnego idioty w różowym krawacie, który robił problemy w Zgorzelcu i jakieś dyrdymały wygadywał w prasie. No cóż, można chłopa ze wsi wyrwać, ale wsi z chłopa już nie. Finału nie było, ale był mecz o 3. miejsce z Anwilem Włocławek. Święta Wojna wiecznie trwa, niezależnie o co mecz : ) jeśli dobrze pamiętam byliśmy przekonani, że uda nam się wygrać i będziemy mieli brąz… a tu zonk na dzień dobry, przegrywamy 19.05.2008 w Orbicie po beznadziejnej grze i w rywalizacji do dwóch zwycięstw jest 1:0 dla Anwilu, a kolejny mecz we Włocławku. Postanowiliśmy pojechać rzecz jasna na Kujawy. Kto był nie żałował. Zobaczyć jak zwykle te wszystkie fucki, i pianę na pyskach, co poniektórych bohaterów, usłyszeć te bluzgi wszystkie. Dwie koleżanki zostały oblane piwem przed halą, ktoś wymienił ciosy między sobą, ktoś inny został opluty prawie, a kto inny dostał butelką. Wygrać we Włocławku bezcenne tym bardziej, że pod halą już stały stoliki z okazji imprezy po zdobyciu medalu. Troszkę imprezę popsuliśmy. I fajnie, bo nasza trwała dość długo, dla niektórych może za krótko, ale nie ma co rozpamiętywać.

Ostatni mecz sezonu to już historia zapisana złotymi zgłoskami. Medal. Radość. Szał. Zielony na sektorze. Rynek. Co tu dużo mówić… wróciliśmy do gry!