Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Author Archive for old school good style

Nowa historia starych wrogów

Lenistwo i inne obowiązki nie pozwoliły do tej pory napisać paru słów o sobotnim meczu, ale już nadrabiamy zaległości. Z drugiej strony to chyba nawet lepiej, od razu można odnieść się do paru rzeczy, komentarzy i opinii. Nieprzyzwyczajonych do naszego stylu możemy jedynie uprzedzić o luźnej formie pisania, a że ostatnimi czasy prawdziwy wysyp nowych czytelników, szczególnie z Kujaw…

Przygotowania do Święta

1376433_569326926449080_903882579_nPrzygotowania do meczu rozpoczęły się od stwierdzenia K. “wiadomo kogo wylosujemy w pierwszej kolejce”. Jedni malowali to, co sobie założyli, inni starali się poprawić frekwencję ganiając po Wrocławiu. W tym roku nie było jeżdżenia na sparingi z dopingiem, jednakże na tydzień przed inauguracją ligi zaliczyliśmy wtopę, która nie napawała optymizmem. Jak zwykle ludzie dopisywali się na ostatnią chwilę, a co bardziej znudzeni na bieżąco kontrolowali liczbę sprzedanych wejściówek, by w końcu stwierdzić z radością, że uświadczymy komplet na hali i rekordowy nadkomplet na sektorze. Miło, fajnie, radośnie – zasadniczo nie wiem jakie określenie byłoby najtrafniejsze w odniesieniu do odbioru atmosfery jaka się powolutku wytwarzała. Budowane napięcie tylko dlatego nie wzniosło się na wyżyny, że był to dopiero pierwszy mecz sezonu – chociaż przyznać trzeba, że parę starych wyg z emocji nie mogło spać po nocach.

Przed samym spotkaniem nie wyrobiła drukarka i oczekiwanie na bilety nieco się wydłużyło. Chyba z tego powodu, a także opieszałości ochroniarzy, czy przychodzenia na pięć minut przed meczem (chociaż to też efekt “ułatwionego” parkowania) kolejka do wejścia sięgnęła za bramy Hali Orbita. Już pod halą można było zaobserwować tłumy, które szczelnie wypełniły trybuny, w tym wiele twarzy, ekhm zapomnianych. Witamy ponownie. Niektórzy spóźnieni wchodzili do końca pierwszej kwarty (o przepraszam, do połowy drugiej, ale o tych spóźnialskich później)  i niestety przyznać trzeba, że wiele nie stracili… Spora kolejeczka obeszła się smakiem wyczekując pod kasami z nadzieją, że nagle ktoś zrobi jakiś zwrot. I pomyśleć, że niespełna tydzień wcześniej obawialiśmy się frekwencji…

Biali kontra niebiescy

Myśmy odzwyczaili się od najwyższego poziomu rozgrywkowego w Polsce dość poważnie. Raczej nieprędko się na nowo przyzwyczaimy, a inną sprawą jest to, że “helou” PLK sięga dna. Jeśli Anwil był kiedyś czołową drużyną, to obecnie w porównaniu z latami ubiegłymi (za naszej bytności w PLK) jest cienki jak struna gitarowa (o nas nie piszę bo to osobna piosnka, zresztą skład mamy w większości pierwszoligowy, łącznie ze “wzmocnieniami”). W słabym meczu kilka punktów więcej rzucił Anwil i do końca meczu utrzymał przewagę zdobytą na początku. I tyle słów o meczu na parkiecie starczy.

Oprawa

mieszczanska11Ten akapit należałoby rozpocząć od hołdu w kierunku Mirasa ze Stalowej Woli. Po czym poznać fachmana? Że potrafi stworzyć dzieło lepsze niż na projekcie pełnego drobnych detali. Niestety, nie udało nam się znaleźć żadnej foty z meczu, na której widać by było nową płotówkę w pełnej krasie, więc musimy się zadowolić kadrem z materiału filmowego.

Osobny hołd należy się wszystkim, którzy przyłożyli pędzel do malowania oprawy z herbem w koronie, lwami i hasłem Nie każde złoto jasno błyszczy, nie każdy błądzi kto wędruje, Nie każdą siłę starość zniszczy, korzeni w głębi lód nie skuje. Niestety, do pełni efektu zabrakło komunikacji i osoby okupujące sektory przylegające do środkowej części oprawy nie podniosły folii, które w sumie miały utworzyć zielono-biało-czerwoną flagę… Wina – czy to nasze niedopilnowanie, czy lenistwo kibiców – nie ma teraz znaczenia. Szkoda ogólnego efektu, który mógł być znacznie lepszy i pracy osób zaangażowanych przy oprawie.

1385079_569328199782286_1560033885_nNie zabrakło za to podziękowania dla autorów dzieła zwanego Awansem, dzięki którym mogliśmy w sobotę zainaugurować sezon w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Podobnie jak rok temu po awansie z drugiej ligi, tak i tym razem zawodnicy mogli ujrzeć swoje nazwiska na trybunach. Miło dla oka prezentowały się również mistrzowskie proporce. Podobne (choć już nie tylko mistrzowski) dwa, czy trzy wiszą we Włocławku.

Skoro o Włocławku mowa, należałoby wspomnieć o oprawie zaprezentowanej przez gości. Nowatorskie rozwinięcie najważniejszego skrótu na kujawskiej i wielkopolskiej ziemi oraz malowana oprawa “Goście Na Poziomie”, która z racji nachylenia trybuny średnio była czytelna.

Kontrowersyjne trybuny

Od czego by tu zacząć… Może od spóźnienia gości (jak to podsumował F. – widać, że chłopaki rzadko nas odwiedzają), którzy na hali zameldowali się dopiero w połowie drugiej kwarty. Zanim przyjechali doping na hali przypominał rozgrzewkę, wyczekiwanie. Nie licząc pozdrowienia dla nieobecnych, co po namyśle zbyt bystre nie było, to mecz przypominał zwykły ligowy pojedynek.

Przyjazd gości podniósł temperaturę co najmniej o kilka stopni. Najpierw pod halą, gdzie szarżujący na barierki przypominali wściekłe psy. Z tą różnicą, że psy nie potrafią miotać przedmiotami. Znalazło się nawet miejsce na elementy kabaretu, kiedy przyjezdny rywal odśpiewał “przyjechali, nie wyjadą”. Interwencja panów w białych kaskach wzniosła spłoszone okrzyki i dała początek spokojnemu wejściu na halę. Tak spokojnemu, że Anwil zapomniał… o zakupie biletów.

Doping bardzo szybko przekształcił się w wymianę uprzejmości, która trwała do końca pierwszej połowy. Włocławianie szczególnie nerwowo reagowali na uszczypliwości względem nowego przyjaciela, znanego kolekcjonera dzikich kart. Niestety, skromny transparent w barwach jednych i drugich niespodziewanie bardziej zabolał niejakiego… Roberta Biedronia. Cóż, paradoksów i okazów głupoty doświadczyliśmy znacznie więcej. W przerwie otrzymaliśmy komunikat, że… mamy ściągnąć flagi, na wniosek komisarza zawodów, inaczej zakończy mecz. Zanim ktokolwiek zdołał wyjaśnić co w tych flagach złego, okazało się, że nie są problemem – komisarzowi nie odpowiada jedynie dobór utworów do spotkania. W związku z tym, większość drugiej połowy przebiegła względnie spokojnie.

Sam doping określiliśmy jako niezły. To był chyba rekord ilościowy w naszej historii, a mamy raczej złe doświadczenia z nagłym wzrostem populacji. Tym razem było przyzwoicie, choć z pewnością stać nas na więcej. Zupełną pomyłką jest jednak totalne mieszanie nas z błotem, które przetoczyło się przez kable neostrady. Pomijając wielkie zdziwienie na temat tego jak wygląda nasz doping, to trzeba być niezłym optymistą, by liczyć, że po pięciu latach przerwy złapiemy z miejsca wspólny język z pięciokrotnie większą halą niż Kosynierka. Osobiście byłem zadowolony, że chociaż raz udało się wspólnie odśpiewać “hej Śląsk” tak, by poczuć zapomniane dreszcze. A jak ktoś myśli, że prowadzenie wspaniałego dopingu to bułka z masłem, to zapraszamy “na murek”. Może gdzieś tam czai się nieodkryty talent?

Tak jak u nas super szału nie było (poza tym, że doping przez cały mecz, do ostatniej minuty, bez patrzenia na kiepski wynik), podobnie Anwil nas na kolana nie rzucił. Co więksi pesymiści bali się, że goście nas zjedzą, a było po prostu solidnie, ale bez ochów i achów. Może to lata praktyki wyrobiły w nas malkontentów, których ciężko zadowolić?

Dogłębna przyjaźń

1379636_569327729782333_1395120382_nAnwil nie przyjechał sam. Oprócz pięciu osób z Noteci Inowrocław (zgoda pomiędzy tymi klubami została dość niedawno zerwana) pojawiła się grupa piętnastu osób reprezentująca wspomnianą już dziką Stal Ostrów Wlkp. Mniej zorientowani czują się tym faktem lekko zdezorientowani, więc kilka słów wyjaśnienia. Od dłuższego czasu dochodziły nas słuchy o kontaktach pomiędzy H1 i USO: a to wizyta H1 w Ostrowie na meczu Stalówki ze Śląskiem, a to jakiś turniej. Miłe komentarze i ogólne lizanie się po tyłkach. “Kumate” towarzystwo nawet samo potwierdziło, że przyjedzie do Wrocławia. Demaskujący wpis widniał może ze dwie minuty zanim został usunięty, więc domysły odnośnie przyjazdu Pyr do Wrocławia zamieniły się w pewność.

Faktem też stała się metamorfoza owej delegacji. Z wystraszonych samych siebie chłopaczków, stojących za grillem nieopodal jednego z wejść na halę, zmienili się we wściekle ujadające ratlerki z pianą na pyskach, gdy ujrzeli transparent przedstawiający trochę inną czynność niż wspomniane wcześniej lizanie dupy.

Oficjalnie ekipy zaprzeczają o zawarciu zgody między Anwilem i Stalą Ostrów Wielkopolski. W takim razie póki co można używać stwierdzenia “dogłębna przyjaźń”.

Napinkowa przerwa

Naczytaliśmy się w relacji H1 o tym jak bardzo zostali opluci w przerwie meczu. Naczytaliśmy się o tym, że wielcy z nich tancerze, a my nie chcieliśmy robić za partnerów. Szkoda, że nie naczytaliśmy się o kamieniach lecących w naszą stronę. Szkoda, że H1, które w przerwie niemal w całości opuściło halę, zamiast śpiewać “chodźcie śmiało, jest nas mało”, nie skorzystało z okazji, by przybić parę piątek tym kilku osobom, które wyszły poczuć się jak na Wróblewskiego. No, ale jak widać, tak naprawdę raczej żadnej z ekip nie zależało na bliższym spotkaniu, w innym wypadku sprawa potoczyłaby się inaczej.

Pozytywnie na koniec

Kolejne mecze powinny przebiegać w znacznie spokojniejszej atmosferze. Nawet jeśli jacyś goście się stawią, to nie spodziewamy się, by wymiana uprzejmości była konieczna. To dobry znak dla co wrażliwszych (natomiast zawiedzeni mogą poczuć się poszukiwacze wrażeń), a także – co ważniejsze – dla niezadowolonych z dopingu. Bo nawet jeśli uznamy, że było nieźle, to mamy świadomość że wciąż sporo do poprawy przed nami, a teraz łatwiej będzie nad tym popracować.

Musimy spełnić tylko jeden warunek – zaliczać równie dobrą frekwencję jak z Anwilem. Dlatego już dziś namawiajcie znajomych, by zarezerwowali sobie niedzielny wieczór 27. października.

Miałem 10 lat…

Będzie sentymentalnie i bufoniasto oraz filmowo, więc jeśli ktoś jest uczulony ostrzegam zawczasu, żeby poszedł sobie w dowolnym kierunku. Końcowe odliczanie właśnie się rozpoczęło, ponieważ od powrotu do ekstraklasy dzielą nas już tylko godziny. Minęło 5 cholernie długich lat, które patrząc wstecz minęły jeszcze bardziej cholernie szybko. Wiele się przez ten czas wydarzyło i pozmieniało, a pewne rzeczy pozostały bez zmian.

IMG_7103-male Kiedy w 2008 roku Śląsk decyzją ówczesnego właściciela Waldemara Siemińskiego został wycofany z rozgrywek nikt nie wiedział co będzie dalej. Wielką szkodą było to, że tak niewielu zdecydowało się na 2-ligową Kosynierkę. Miałem wówczas nadzieje na nowe otwarcie, reinkarnację i odrodzenie. Nie do końca poszło to po mojej myśli, aczkolwiek nie ma już po co rozdzierać szat. W 2011 wg niektórych szkodę, a wg innych przysługę zrobiła drużyna P. Koelnera, ponieważ gdyby nie ta jednosezonowa inicjatywa dalej byśmy gnili w niższych ligach. Być może to prawda, natomiast za całą pewnością niektórych by to ucieszyło. Dlaczego?

“Powrót do korzenia”, jak określiliśmy mecze w salach gimnastycznych, dostarczyły wielu pozytywnych wrażeń, które będziemy wspominać z łezką w oku i uśmiechem na ustach. Yanoo pisał jeszcze w czerwcu czego nam będzie brakować i za czym tęskniliśmy.

krosno-zielony Myśląc o tych 5 latach mam przed oczami Piotrka Warawkę na barierkach w Ostrowie, P. na Dworcu Głównym we Wrocławiu, który spóźniając się na pociąg dotarł z Kłodzka szybciej niż reszta, miny zawodników kiedy wracaliśmy razem z Pleszewa. Mgłę w Kosynierce. Palpitacje serca w Prudniku! Kres niekończących się sekund niepewności w Ostrowie po rzucie Marcina Kowalskiego i łzy prezesa w Krośnie.

A teraz z powrotem mamy ekstraklasę. Sam fakt bycia w niej może i cieszy, ale to co na prawdę uszczęśliwi to medale. Oczywiście z najcenniejszego kruszcu, choć do tego droga daleka. Niemożliwe? Tak samo jak wylądowanie w 2 lidze i wygrzebanie się z niej. Co się działo kiedy nas nie było? Asseco/Prokom/Trefl Sopot/Gdynia wygrywał, Turów chyba zechciał odebrac palmę pierwszeństwa Anwilowi w przegrywaniu finałów, ale w sumie gówno mnie to obchodzi, bo najważniejszy jest Śląsk.

Na dzień dobry, na inaugurację ligi spotkamy się z Anwilem właśnie. W minionym sezonie mieliśmy świętą wojnę, jak to wiele osób lubi określać rywalizację Śląsk – Anwil, w Pucharze Polski. Pamiętam radość jaka zapanowała po “losowaniu” par pucharowych. Na myśl wówczas przyszło jedno filmowe skojarzenie

Orbita się zapełniła, co przypomniało dni chwały. Wg wszelkich znaków na niebie jutro będzie podobnie. Zabrakło wówczas gości, ale obiecali się poprawić. Podobnież uczynią to z nawiązką.

Obserwując poczynania sparingowe wiele osób komentowało obecną sytuację, że “środek tabeli i zobaczymy za rok”, że “słabi”, że “powalczymy o play off”, że “bieda”, że “skład słaby” itp. To wszystko jest nieistotne, bo liczy się tylko TEN najbliższy mecz. Bo z Nobilesem trzeba wygrywać. Tak dla zasady…

Wracamy na swoje miejsce. Niektórzy tęsknili, inni nie. Jedni się cieszyli kiedy wycofano Śląsk, a drudzy nie. Teraz kiedy Anwilowi ubył konkurent do złota w postaci Prokomu pojawiamy się my. Złośliwość losu. Przekaz jest prosty.

Uśpieni…

W dniach 5-6 października we wrocławskiej Hali Ludowej (Stulecia) odbył się turniej Tauron CUP z udziałem Śląska Wrocław, Turowa Zgorzelec, Stelmetu Zielona Góra i Armani Mediolan (oryginalnie ponoć Olimpia – kolejny dowód, że sponsorzy szmacą nazwę). Głównym zamiarem było przypomnienie/uczczenie polskich Gwiazd koszykówki, które 50. lat temu zdobyły srebrny medal Mistrzostw Europy. Końcowa kolejność to 1. Armani 2. Turów 3. Stelmet 4. Śląsk.

Więcej nie ma potrzeby pisać.

Wczorajszy nastrój i atmosferę w moich oczach najlepiej oddaje poniższy majstersztyk i nie chodzi tu tylko o szarość barw i ponure dźwięki dobiegające z głośników. Jak ulał pasuje tu cała rozmowa (dosłownie). Szczególnie pointa.

The YouTube ID of lY0V65YWEIA#t=84 is invalid.

Pointa odnosząca się przede wszystkim do nas, do gry, do frekwencji.

Tak nie powinno być. Teraz trzeba zapomnieć, bo w sobotę ruszamy na nowo… ale jeszcze chwilę pomilczmy.

Działa Navarony

To już jest koniec

Pisaliśmy z lekkim opóźnieniem, na które wpływ miało kilka czynników (weekend, praca, morze :), ale nadrobiliśmy zaległości i udało się stworzyć ostatnią relację z zakończonego sezonu 20012/2013. Tytuł tej notki to z jednej strony metafora, a z drugiej stwierdzenie wprost i nazwanie rzeczy po imieniu – tego co się działo sobotnim rankiem (a może południem/popołudniem) w głowach większości z nas. Jednakże nie będzie tutaj o filmie, skądinąd bardzo dobrym, a o zabawie, śpiewach i sporcie. Awans do ekstraklasy wiązał się z różnorakimi obchodami i świętowaniem tegoż sukcesu. Swoje 5 minut mieli Ci którzy byli w Krośnie, mieli je również koszykarze np. na stadionie podczas meczu Ślask Wrocław – Wisła Kraków. Zaprezentowali się w przerwie na murawie z pucharem za zwycięstwo 1 ligi. Niemniej jednak nie wszystkim udało się dotrzeć na ostatni mecz play-off  i na wzór zeszłorocznej imprezy, postanowiliśmy własnymi siłami zorganizować grilla na zakończenie sezonu. Honorowymi gośćmi mieli być główni bohaterowie awansu do PLK. Niestety termin mocno posezonowy sprawił, że zanotowaliśmy gorszą niż rok temu frekwencję kadry zawodniczo-trenerskiej – co nie znaczy, że było mniej wesoło, a wszystkim obecnym dziękujemy za przybycie. Zwłaszcza jednemu zawodnikowi z drugiego końca Polski (gdzie żubry, bobry i łosie biegają po drogach), który został we Wrocławiu tylko po to, żeby z nami świętować.

Największy zawrót głowy mieli organizatorzy imprezy czyli Z. (w piątek z tej okazji wziął wolne w pracy) K. i P., którzy do ostatniej chwili dopinali wszystko na ostatni guzik, tak aby zadziałało jak w zegarku. Ile trzeba się nalatać, namęczyć i zwyczajnie nawkurwiać przy zwykłym grillu (no może nie takim zwykłym, bo frekwencja oscylowała w okolicy 100 osób) wiedzą tylko oni, ale że wszystko wyszło niemal perfekcyjnie należą im się brawa, gratulacje i podziękowania. Grill jak grill, każdy pomyśli – browar, mięcho itd., aczkolwiek hitem okazał się pomysł R. Wobec braku możliwości sensownego wypożyczenia lodówki, której zadaniem było zapewnić odpowiednią temperaturę płynów orzeźwiająco-rozweselających, zakupiono chłodziarko-zamrażarkę (firmy Indesit…) za 100,00 zł.  Pomysły odnośnie dalszego jej wykorzystania były dość ciekawe, ale ostatecznie została przekazana prawdziwemu gospodarzowi Kosynierki, dzięki czemu ok. 30 kotów będzie miało gdzie przechowywać swój Whiskas.

Podziękowania należą się również dla KS Falko Rzeplin za to, że było gdzie usiąść i na czym odpowiednio zarumienić mięsko. Dziękujemy i życzymy awansu do okręgówki po wczorajszym korzystnym wyniku z Burzą Chwalibożyce.

Rewanż jest nasz!

Cała maskarada rozpoczęła się podobnie jak po awansie do 1 ligi, czyli  meczem w piłkę nożną z zawodnikami Śląska (w składzie: Paweł Bochenkiewicz, Marcin Janusiak, Kacper Kowalski, Maksym Kulon, Norbert Kulon, Krzysztof Sulima + trener Radosław Hyży). Nasz skład w porównaniu do ubiegłorocznego diametralnie się zmienił – dwóch zawodników nie było wcale, trzech przybyło za późno na imprezę, tylko jeden grał, a ostatni ze względów zdrowotnych musiał zadowolić się posadą trenera (złośliwi twierdzą, że przyjemniej się go w tej roli oglądało). Pomimo tak znaczącej przebudowy drużyny, z optymizmem podchodziliśmy do meczu, spodziewając się mniejszej porażki niż rok temu (nie wszyscy, bo zawodnikiem, który wystąpił ponownie, był bramkarz…). Zagraliśmy na malutkie bramki, co nie było bez znaczenia dla końcowego wyniku, gdyż nie pozwoliło wykorzystać przewagi warunków fizycznych w takim stopniu jak by tego oczekiwali koszykarze.

Poprzednim razem dostaliśmy baty 2-7, w tym roku wynik po ostatnim gwizdku brzmiał: 5-2 dla nas! Hat-tricka ustrzelił M., przy wydatnej pomocy Żubra z drużyny przeciwnej, dodatkowo D., a jedną bramkę dołożył Y. (bramkarz) trochę rehabilitując się za 9 szmat wpuszczonych łącznie w obu meczach. W drużynie pokonanej do siatki Kosynierów trafiali: Żubr, Maksym oraz Bochen, którego gol nie został uznany, ze względu na to, że piłka nie zmierzała w światło bramki, dopóki ta bramka nie została przesunięta przez sabotażystów. Odświeżenie składu jednak nam pomogło, dodatkowo większymi zdolnościami motywacyjnymi wykazał się nasz trener H. Trener przeciwników (również H.) ograniczył się do podawania napojów wspomagających, które jak widać skutki miały zgoła odmienne od zamierzonych. Po meczu nie było zwyczajowej wymiany koszulek, gdyż wszyscy spieszyli się na gwóźdź programu jakim był rozgrzewający się do czerwoności ruszt z dobrami wszelakimi, a jedynie trenerzy wymienili uprzejmości dotyczące założeń taktycznych zwieńczone filiżanką herbaty na środku boiska.

Mistrz grilla, kolejne pożegnanie i dachołazy.

A co się działo dalej? Najpierw kilka suchych faktów:

– impreza trwała od 16 do 5 rano, kiedy ostatni meserszmit przybił gwoździa,
– Skonsumowano 50 kg mięsa i ok. 300 litrów napojów… różnych,
– na imprezie zameldowało się niecałe 100 osób,
– spalono 20 kg węgla.

Kiedy wszyscy zaspokoili pierwsze pragnienie i głód,  sportowcy wrócili z meczu, a ostatni spóźnialscy zaszczycili nas swoją obecnością, wzorem ubiegłorocznym uhonorowaliśmy zawodników pamiątkowymi medalami za awans. Przy okazji nie obyło się bez krótszych i dłuższych przemów, które zapewne zapadną w pamięć wszystkim słuchaczom (których wspomniana pamięć jeszcze nadawała się do rejestrowania czegokolwiek). Osobną – według niektórych najważniejszą – nagrodę otrzymał G., który za Śląskiem w tym sezonie przejechał ok. 11 tys km,  notując 17 wyjazdów. Brawo. A gdzie reszta? Następnie – obowiązkowe sesje, rozmowy, wywiady i autografy, aż nam Kogut wpadł na pomysł, aby po raz kolejny pożegnać Kosynierkę. To już chyba trzeci raz w ciągu miesiąca… I zrobiło się pusto przed halą, a trybuny zagrzmiały jak podczas najważniejszych meczów sezonu, a bardzo mocno w tym pomogły zawodnicze gardła.

Poziom zadowolenia wzrastał wraz z… zachodzących słońcem. Kiedy już całkiem się ściemniło, obietnice Mateusza Płatka o wspinaczce po kolejnym awansie, postanowiła zrealizować nad wyraz rozbrykana grupka ekshibicjonistów. W momencie ukazania się na daszku pierwszych rozśpiewanych alpinistów, kolejni amatorzy wspinaczki zapragnęli spojrzeć na imprezę z góry i trwało to dobre 30 minut, gdy ktoś wdrapywał się z okrzykiem na ustach świętując ten sukces. Hitem (po raz kolejny) okazał się sławny już we Wrocławiu lej skonstruowany przez F. Niektórzy byli tak łapczywi, że wypełniali go dwoma napojami, a po kilku takich degustacjach musieli udać się na poobiednią drzemkę na pobliskich ławkach.

W miarę upływającego czasu liczba świętujących zaczęła się zmniejszać, ale najwytrwalszych nie doceniono i w momencie, kiedy dla niektórych zabawa dopiero zaczynała się zaczynać, okazało się, że czas przewidziany na zabawę w Kosynierce dobiegł końca. Zastosowano jednak szereg metod perswazji, z których najskuteczniejsza jak zwykle okazała się bardzo dobrze znana w sporcie – korupcja. I świętowanie bez przeszkód mogło trwać dalej, aż do momentu, gdy pragnienie znacznej większości zostało zaspokojone. Kilku desperatów przetrwało jeszcze dłużej, w związku z czym postanowili pozwiedzać Wrocław i skończyli przygodę dopiero po wchodzie Słońca i spożyciu popularnego ostatnio tatara. Pewnie dlatego, że organizatorzy nie przewidzieli surowego mięsa na miejscu.

Chyba wszyscy zgodnie stwierdzili, że przedsięwzięcie się udało, a podziękowania i pytania “Kiedy powtórka?” zaczęły napływać już następnego ranka, kiedy niektórzy jeszcze nie wiedzieli, gdzie się znajdują. Mamy nadzieję, że jeszcze lepiej będzie przy kolejnym podejściu, a najlepiej, jeśli powód do świętowania będzie równie dobry. Za rok, a może dwa Śląsk mistrza Polski ma…

Kozaki z Mazowsza

Wstępnie.

Śląsk przegrał w sezonie 3 mecze – z Anwilem, z Kutnem w pucharze, oraz ze Spójnią inaugurację 1. ligi. Mecz ze Zniczem, który odbywał się w Orbicie, miał być więc okazją do śrubowania rekordu wygranych na tym poziomie rozgrywek. Klub zapowiadał, że na trybunach pojawi się kilka postaci związanych mniej lub bardziej w przeszłości (a może w przyszłości?) ze Śląskiem, co miało być dodatkowym bodźcem dla kibiców do pojawienia się przy Wejherowskiej. Trzeba jednak zauważyć, że byli gracze/trenerzy zawsze są obecni, czy to w Kosynierce, czy też Orbicie (np. w niedziele trenerzy/zawodnicy Zyskowski i Turkiewicz) natomiast nie wiem, kiedy ostatni raz we Wrocławiu był Raimonds Miglinieks, a ze łzą w oku zaobserwowano jego obecność. Czy obecność znamienitych gości podziałała? Chyba tak…

Połówka o 14:00.

Hala Orbita zapełniła się niemal w komplecie. Rzecz w tym, że jedynie jej połowa była udostępniona dla kibiców. Pewnikiem względy ekonomiczne o tym zdecydowały, bo o ile frekwencja na meczu z Anwilem była taka jak być powinna, to spotkania ze Stalą, AZS-em Szczecin już takie wesołe w tym temacie nie były. Podobny zabieg stosowany jest na meczach piłkarzy ręcznych, a czy na koszu w ostatnich latach również? W roku 2005 podczas spotkań o miejsca 5-8 z Astorią i Wisłą/Unią nie pamiętam, czy było właśnie tak jak wczoraj, czy po prostu “najwspanialsza w Polsce wrocławska publiczność” tak licznie się stawiła na tych niezwykle ważnych meczach, ale frekwencja była wówczas gorsza niż w niedzielę. Tym sposobem połowa trybun była przesłonięta starą sektorówką. Oczywiście przywołało to wspomnienia z przełomu wieków…

Kac Wrocław.

Mecze w niedziele z założenia są dla mnie złe, a mecze w porze obiadowej (albo i śniadaniowej…) są jeszcze gorsze, ale po kolei. Niedawno trenerzy Jankowski i Chudeusz zaaplikowali zawodnikom dość intensywne treningi, czego efektem były nad wyraz “ciężkie nogi” naszych graczy. Do tego ambitna postawa graczy Znicza sprawiła, że w trzeciej karcie mogliśmy zacząć się zastanawiać przez chwilę, czy po meczu dopiszemy sobie 1 zamiast 2 punktów. Podobnie było podczas meczu z MKS-em Dąbrowa Górnicza, z tym że rywal z zagłębia usadowił się w górnej połówce tabeli, natomiast od graczy Znicza powoli oddala się perspektywa uczestnictwa w dalszym etapie rozgrywek. W naszych szeregach znakomita większość zaaplikowała sobie intensywne… efektem, czego były dość “ciężkie głowy” i nad wyraz osłabione organizmy. Chyba już zaczyna się myślenie o play offach…

Chłopaki z Żylety

Gdybym nie stał 3 metry od zaistniałej sytuacji nie uwierzyłbym, bo zdarzenie stricte z kategorii fantasy, że sam mistrz Tolkien by się nie powstydził. Pewien dżentelmen z Pruszkowa, starszy wiekiem jegomość, zagadnął naszą koleżankę jakoby “znała chłopaków z Żylety”. Nie wiem czy dama zareagowała tak bo ja bym na pewno to uczynił, ale nieco zdezorientowana przyprowadziła ów Pana do nas. W krótkiej rozmowie z kolegą wydającym się jej najbardziej kompetentnym do takowej, wyraził on prośbę o krzyknięcie “czegoś” do kończącego karierę Dominika Czubka pamiętającego czasy “wielkiej Mazowszanki”. J. z uśmiechem od ucha do ucha poinformował, że to raczej nie przejdzie… Nie mniej jednak gratulujemy Dominikowi Czubkowi pięknej kariery usłanej wieloma sukcesami, jak i wiernością klubowi z Pruszkowa.

Złotousty.

Nagroda za wypowiedź dnia wędruje do Michała Gabińskiego za szczerość i zdrowy osąd postawy swojej i kolegów po meczu podczas “przybijania piątek”. Nie zacytujemy bo i tak zbyt dużo przeklinamy o czym poinformował nas ojciec jednego z młodocianych kibiców

Goście, goście.

Po 10 latach (bez 2 miesięcy) we Wrocławiu pojawili się kibice z Pruszkowa. Najważniejsze pytanie jakie sobie niektórzy zadawali, brzmiało czy wzięli korepetycje z matematyki i podstawowych zasad savoir-vivre’u. Tak, wzięli. Potrafią policzyć do 8, a więc pierwszą klasę zaliczyli, zachowanie wzorowe, grzeczni i cichutcy. (Tłumaczę i objaśniam tęgim umysłom, że nie chodzi mi o momenty kiedy wbijali się ze swoim dopingiem w naszą ciszę) Zupełnie inni niż w Pruszkowie. Może cywilizacja uszlachetnia?