Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Tag Archive for 'dzika karta'

Ostrów, 19.01.2013

50fc027a4492c_g1Po tym jak USO ogłosiło zawieszenie pseudobojkotu wiedzieliśmy, że najbliższy nasz mecz nie będzie tak grzeczny, jak minione w ostatnich latach. Ostatecznie do stolicy wielkopolskiej koszykówki wybraliśmy się w wesołych nastrojach w liczbie 65 osób pełnym autokarem i garścią samodzielnych podróżników.

Minuta ciszy

Skorzystaliśmy z okazji zorganizowanej wycieczki, by wyjeżdżając z Wrocławia zatrzymać się przy cmentarzu i uczcić chwilą zadumy rocznicę śmierci Tomzika. Reszta trasy przebiegła ekspresowo, a największym wydarzeniem okazał się brak kogutów na powitanie. Na Kusocińskiego zajechaliśmy równo godzinę przed meczem, specjalnie jeszcze opóźniając przyjazd. Niektórzy z tego powodu narzekali, że zbyt wcześnie wyjechaliśmy.

Bez spóźnień się jednak nie obyło. Jedno z aut dotarło na drugą kwartę, a jednemu koledze przedmeczowe wyjście na fajkę niespodziewanie przedłużyło się aż do drugiej połowy – przejście okazało się działać tylko w jedną stronę. Do Ł. solidarnie dołączył H. i obu ominęły oprawy gospodarzy oraz gości.

Mecz

66djld.pnŚląsk w pierwszej połowie spokojnie zbudował drobną przewagę, która pod koniec drugiej kwarty zaczęła nieco topnieć. Trener Jankowski udowodnił natomiast, że w jego zespole nie ma świętych krów. Zjeba dla Diduszki oraz Kikowskiego doprowadziła twarz Jankesa do wrzenia, a błąd tego drugiego w kolejnej akcji do ostentacyjnego posadzenia na ławę. W drugiej połowie Wojskowi złapali już właściwy rytm i systematycznie powiększali przewagę pozbawiając miejscowych wszelkich złudzeń.

Podczas prezentacji Stal wyciągnęła sporą oprawę. Malowidło bardzo ładne, choć hasło o kartach nieco nas rozbawiło. Wszak miejscowi to prawdziwe asy. Pierwsza kwarta upłynęła na standardowym dopingu, natomiast druga…

Na dzikusie wychowani

Na sam widok oprawy dedykowanej ostrowskiej Stali, gospodarzom głowy się zagotowały błyskawicznie. Spora część drugiej ćwiartki przebiegała zresztą pod dyktando dopingu dla rywala. Stety, niestety, Stal ponownie odpowiedziała dopiero pod koniec meczu, po początkowym zagotowaniu skupiając się wyłącznie na dopingu dla swoich. Nie wiem, czy to efekt świadomości winy, czy wytycznych, spodziewanej wzajemnej wymiany uprzejmości nie było.

Skoro już o dopingu mowa, to było głośno z obu stron. Jedynie poza młynami cisza jak na pikniku, więc na jednej trybunie panował doping ostrowski, a po drugiej wrocławski. Hitem dnia był reaktywowany kawałek z czasów, kiedy piłkarski Śląsk… spadał z ekstraklasy. Przyśpiewka, skrócona o pierwszą zwrotkę, idealnie pasuje do naszych obecnych nastrojów i sytuacji:

za rok! a może dwa!

Śląsk Mistrza Polski ma!

za dwa! a może trzy!

Puchar Europy w rękach Twych!

Gorące śpiewy rozgrzały męską część sektora do tego stopnia, że trzeba było pościągać koszulki. Tutaj ciekawostka, bowiem jeden z ochroniarzy poczuł się najwyraźniej zgorszony i poprosił o nałożenie na siebie cerat. K. odmówił, tłumacząc, że jest chory i nie może się przegrzać, na co adwersarzowi zabrakło argumentów.

W trzeciej kwarcie poszła plotka o kończących się zapasach piwa. Spora część sektora wybiegła jak poparzona za kubkiem złocistego płynu; jedynie G. oraz H. ze stoickim spokojem przyglądali się sytuacji i dyskusji służb informacyjnych z policją o definicji bycia pijanym.

Muli do góry

Po meczu zawodnicy złapali masera, by kilka razy podrzucić go do góry – popularny Muli obchodzi dziś urodziny, zatem także od nas najlepsze życzenia! Do podskoków miał też ochotę Radek, niezwykle szczęśliwy i rozśpiewany.

Tuż pod Ostrowem zatrzymaliśmy się, za przykładem zawodników, na stacji na uzupełnienie zapasów. Wbrew obawom, stojący pierwszy w kolejce Bochen, choć znany z potężnego apetytu, nie wykupił wszystkich hot-dogów.

Ze stacji wyjechaliśmy dopiero na potulną prośbę eskorty. Z. stwierdził, że kryzys w kraju musiał dotknąć również służby mundurowe, skoro obstawa na meczu nieporównywalnie mniejsza niż w poprzednich sezonach, a na odchodnym jeszcze w niesłychanie grzeczny sposób prosi się nas o ruszenie w dalszą drogę.

Reszta trasy przebiegła na głośnych śpiewach, rozwodzie i żywych dyskusjach. We Wrocławiu zameldowaliśmy się po godzinie 23.

p.s.

Jak gdzieś znajdziemy zdjęcie z oprawy, to relacja zostanie o nie uzupełniona

Dupy nie urwało

Zacznę w sumie od końca – od kibiców ostrowskiej Stali. I będzie bez tradycyjnej uszczypliwości. Wczorajszy mecz był zupełnie inny niż kilkanaście ostatnich naszych pojedynków – po raz pierwszy od… dawna bez zorganizowanych kibiców gości. Stalówka ma bowiem problem trochę podobny do naszego rok temu, czyli dziką kartę. Tym razem postanowili ją zbojkotować, a przynajmniej bojkotuje ją grupa USO, która dotychczas nakręcała ostrowski młyn. Walka z chorymi praktykami jest nam bliska, zatem po ostatnim gwizdku odśpiewaliśmy coś na pocieszenie dla pani prezes Drozd. Nie zabrakło też małego akcentu w kierunku (chyba nieobecnego wczoraj we Wrocławiu) ostrowskiego łamistrajka.

K jak Kosynierzy

Nasza skromna grupa usadowiła się w sektorze K, co czyni 4-ty z kolei sektor w tej hali – po H, O i B – który przyszło nam okupować. Po czterech latach w Kosynierce nowocześniejszy obiekt mocno stracił w oczach – fatalna akustyka, daleko do parkietu i brak tego niepowtarzalnego klimatu z Mieszczańskiej sprawił, że pierwsza połowa była w naszym wykonaniu bardzo niemrawa. Jedyny plus, to oczywiście “płot”, który w końcu pozwolił flagom nacieszyć się światłem. Wykorzystaliśmy też okazję, by “przymierzyć” literki do Orbity oraz odkurzyć giganta. W drugiej odsłonie gardła najwyraźniej się dostosowały do kubatury obiektu, bo było już znacznie lepiej, chociaż wciąż daleko od standardu, który by nas zadowolił.

Hali daleko było do kompletu. Co najmniej pół tysiąca biletów trafiło do Zgorzelca, więc nie ma się co dziwić pustym krzesełkom. Czy w normalnej sprzedaży udałoby się te bilety rozprowadzić? Nie dowiemy się, póki nie zorganizujemy spotkania w pojedynkę. Póki co, wiemy jedynie tyle, że niepełna Orbita zupełnie pozbawiona jest magii, której doświadczaliśmy pięć lat temu i wcześniej. Chociaż i nie brak było sygnałów o wzruszonych starych wygach, kiedy na ostatnią minutę cała hala wstała z miejsc.

Kolejki przed kasami były co najmniej do rozpoczęcia spotkania, więc na przyszłość warto zaopatrzyć się w wejściówkę wcześniej, by uniknąć niepotrzebnych nerwów.

Żurawski nie poszalał

Do wczoraj największe wrażenie w lidze w statystykach sprawiał Wojciech Żurawski. 36-letni center po serii trzech efektownych double-double został jednak kompletnie wyłączony z gry i zatrzymany na czterech skromnych punktach, do których dołożył raptem trzy zbiórki. Widać, że nasi podkoszowi, co do których było dotychczas najwięcej uwag, wzięli się ostro do roboty.

Mecz wygrany dość pewnie, nawet zaskakująco pewnie biorąc pod uwagę dotychczasowe wyniki Stalówki. Ulubiony trener ostrowian ma dziś pewnie spory ból głowy, ale to już nie nasz problem.

Wszyscy do Kosynierki

Najbliższe spotkanie Śląsk rozegra w środę, w stolicy, w ramach Pucharu PZKosz. W tym samym czasie, o 18:00 rezerwy podejmą Doral Nysa Kłodzko w Kosynierce. W barwach kłodzczan zagrają m.in. Marcin Kowalski oraz Piotr Magdziarz, więc dobrze nam znani zawodnicy, których miło będzie ponownie zobaczyć na wrocławskim parkiecie. Serdecznie wszystkich zapraszamy, by wesprzeć nasz młody zespół (celujący w tym roku w awans do II ligi).

Kolejne ligowe starcie wrocławianie rozegrają ze Startem w Lublinie. Początkowo spotkanie planowane było na sobotę, na co miłośnicy długich wojaży zacierali ręce, niestety termin przesunięto na piątek. Biorąc pod uwagę odległość z Wrocławia do Lublina – może być kłopot z dotarciem kogokolwiek. A szkoda.

Dlaczego dzika karta to zło?

Dlatego.

fot. Gazeta Wrocławska

Wierni i wierniejsi

Przed upadkiem, który zafundował nam Grabarz, szczerze wierzyłem, że Śląsk Wrocław ma może nie tysiące, ale przynajmniej setki oddanych fanów, dla których ważniejszy od wyniku jest Śląsk sam w sobie. Którzy na wieść o niszczeniu klubu wyjdą na ulicę. Którzy na przekór wszystkiemu i wszystkim, przyjdą wspierać rezerwy, które przestały być rezerwami, nie dla wątpliwej jakości widowiska, ale żeby zamanifestować przywiązanie do klubu, do barw, do tradycji. I pokazać, że warto ten – nasz, mój – klub wesprzeć finansowo, by wrócił na należne mu miejsce.

Okazało się, że przejętych klubem są nie tysiące, nie setki, ale zaledwie kilkadziesiąt jednostek.

Nazwa Śląsk wróciła do ekstraklasy. Drogą “legalnej łapówki”, czyli poprzez wykupienie dzikiej karty. Na pierwsze mecze przyszły równie dzikie tłumy, stęsknione, podjarane i rwące się do wsparcia. Potem przyszła szarzyzna, mecze o nic i mamy efekt jak na zdjęciu – zamiast ogrywania młodych Polaków, obcy nabijający statystyki. Zamiast spragnionych WKS-u tłumów, pustki na hali bijące po oczach.

Już widzę główne hasło m.in. vulcanistów – czy do waszych zakutych łbów nie dochodzi, że niektórych interesują tylko mecze na poziomie?! Szczerość godna podziwu.

Kwestia wychowania

Wrocław to miasto bufonami płynące. Mamy o sobie niezwykle wysokie mniemanie, łaskawym okiem rzucimy jedynie na wysokiej jakości produkty. Pięć mistrzowskich tytułów z rzędu nauczyło wszystkich, że bycie na szczycie krajowego podwórka to standard minimum. Pojęcie kibiców “na dobre i na złe” zostało kompletnie rozmyte.

Dlatego też dzika karta to kretynizm, a w naszym, wrocławskim przypadku, dodatkowo jedynie najzwyklejsza kuracja doraźna. Po raz kolejny ktoś pokazał wrocławianom, że obecność na szczycie to minimum jakie powinni akceptować. I dlatego mecze o nic, w dolnej połówce, nikogo nie interesują – bo wrocławian wychowano, że takie mecze są niewarte uwagi.

Droga awansów – oprócz czysto ideologicznych plusów – to przede wszystkim praca u podstaw. W kwestii odbudowy fundamentów działania klubu, ale i w kwestii wychowania kibiców. Ludzi, którzy wychowali się “na dole” nie przestraszą już nigdy chwilowe załamania, gorsza forma, ba – odpukać – jakiś spadek. Wręcz przeciwnie, nauczeni doświadczeniem jeszcze bardziej się zmobilizują do wsparcia. Bo wiedzą, że klub potrafi dać dużo radości, kiedy wygrywa, ale potrzebuje też pomocnej dłoni, kiedy jest na dnie.

My tę dłoń wyciągnęliśmy niemal cztery temu, kiedy Grabarz ogłosił to co ogłosił. Nie żałujemy. Były chwile gorsze i lepsze, chwile zwątpienia. Mecze z widownią do policzenia na palcach jednej ręki. W ogólnym rozrachunku wychodzi na nasze.

Kosynierka nadkompletów jeszcze nie ma, ale pierwsze oznaki wychowania są. Na kolejne potrzeba czasu. Cierpliwości nam nie brakuje, to już udowodniliśmy.

Dziki naród

Kolega old school, old style wypomniał mi, że zapowiadając najbliższy sezon zapomniałem dodać kwestię dzikiej karty. Czas nadrobić tę zaległość i wytłumaczyć dlaczego “dzikus” to dla nas problem.

Problem sportowy

Kibic to taki głupek, który wierzy. W klub, w sportowców… w uczciwość. Kupowanie zwycięstw, awansów, czy przywilejów (typu gra w pucharach), nieważne, czy w majestacie prawa, czy pod stolikiem, jest zaprzeczeniem uczciwości walki sportowej. Jest zaprzeczeniem sportu w ogóle.

A my lubimy sport.

Słusznie ktoś w komentarzach zauważył, że dzisiejszy sport to i tak czysty biznes. Czy się wywalczy sukces w okienku z kasą, czy ściągając dobrze rzucających zawodników, to i tak całość sprowadza się do finansów.

Jest jednak zasadnicza różnica między wyłożeniem gotówki za prawo gry w ekstraklasie, a ściągnięciem, choćby zupełnie obcych graczy – w tym drugim wypadku trzeba się natrudzić, wypocić, a i sukces nie jest gwarantowany, choćby do kieszeni grajków włożyć grube miliony. Na awans trzeba zasłużyć organizacyjnie, ale przede wszystkim na boisku.

No i czym się taki awans różni od mistrzostwa? Je też mamy kupić, bo to tylko kwestia wydanych pieniędzy?

Rok temu z zazdrością w oczach patrzyliśmy jak świętuje Zielona Góra. W tym roku można było podziwiać fantastyczną zabawę łodzian.

Walka o prawo gry wyżej, to też jest (jakże piękna!) karta historii klubu. I my chcemy ją przeżyć.

Problem kulturowy

Śląsk Wrocław ostatnie seniorskie mistrzostwo zdobył w 2002 roku. Później zaczęło się staczanie w dół i mecze w coraz mniejszych halach, przy coraz mniejszej publice. Ciągle jednak łudziłem się, że Śląsk Wrocław ma rzesze wiernych fanów, którzy w czarną godzinę znajdą pięć minut, by klub wspomóc.

Kiedy Grabarz podjął decyzję rozwiązania towarzystwa, pod Kosynierkę przyszło zaprotestować ze 300 osób. Kiedy stowarzyszenie “Śląsk reaktywacja” zorganizowało manifestację na Rynku – pojawiły się te same twarze, ni mniej, ni więcej. Kiedy można było zamanifestować na meczach drugiej ligi, że Wrocław chce, pragnie i domaga się Śląska Wrocław – pojawiły się mecze, gdzie na trybunach zasiadało dosłownie kilkanaście osób.

Okazało się, że Wrocław nie chce Śląska. Wrocław nie potrzebuje Śląska. Wrocław domaga się, ale Śląska Wrocław odnoszącego sukcesy. Inny go nie interesuje.

Nas to boli, przeraża i każe zaprotestować. Walka o awans jest nam potrzebna choćby z tego względu, że kibiców trzeba w tym mieście na nowo wychować. Nauczyć doceniać sukcesy i wielkość klubu.

Choćby po to, żeby w przyszłości zaprotestowały tysiące, a nie dziesiątki.

Nam strzelać nie kazano

Dla wielu osób to co tutaj napisałem jest abstrakcyjne, dziwne, może nawet nielogiczne. Nikomu jednak nie bronimy, i nie zamierzamy bronić, bycia zwolennikiem luk typu dzika karta. Niech każdy ocenia rzeczywistość wg własnego sumienia – i się z nią zgadza, bądź nie. My mówimy: nie.