Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Tag Archive for 'KS Pogoń Prudnik'

Prudnik, 12.12.12

DSC_0653

Tak było rok temu. W tym podobnie.

Magiczną datę postanowiliśmy uczcić wyjazdem do odległego o jakieś 130 km Prudnika. Niestety, hurraoptymizm co niektórych się nie sprawdził i powtórki z półfinału nie było – tłumów przy zapisach nie odnotowano. Co nie znaczy, że było nudno… ale po kolei.

Jazda

Środa, a więc z pracy, czy zajęć. A więc na szybko i z różnych lokalizacji. W dodatku za mało na autokar, nie było zatem innej opcji jak wybrać auta. Trasa błyskawiczna, bo w większości po autostradzie. Najszybsi musieli czekać na resztę składu grubo ponad pół godziny. Wcześniej, bo na bramce z autostrady, poprawiamy kasjerce humor szlagierem i ostatecznie meldujemy się w Prudniku w 14 osób tuż przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Spóźnialski bolid z kolejną piątką na pokładzie dociera w połowie pierwszej kwarty i uzupełnia naszą liczbę do 19. Kilka głów wykruszyło się tuż przed wyjazdem – to efekt wirusa, który rozszalał się po wizycie na terenach Ojca Dyrektora.

Mecz na trybunach

Byłem zawiedziony. Hala niby pełna, ale jakby zapadła w zimowy sen. Młynek zmienił lokalizację, nawet zaopatrzył się w kilka flag, a zamiast bluz rodem z NBA były koszulki Pogoni. Poza tym bez wsparcia od reszty hali, która głośno krzyczała “Pogoń! Prudnik!” rok temu nie tylko podczas półfinału, ale również w sezonie zasadniczym. Nawet wuwuzele jakoś cicho brzęczały… A na pewno ciszej niż w Kutnie.

W naszych szeregach ponownie największym powodzeniem cieszyła się literka, przy której roztańczone towarzystwo wprawiło w drgania trybuny tak, że postronny ochroniarz z niedowierzaniem kręcił głową, a sąsiadujące z nami panie musiały się trzymać siedzenia, żeby z niego nie spaść. Zastanawia nas tylko, czy ta trybuna wytrzymałaby jeszcze jedną taką imprezę.

Pamiętny mistrz mopa nadaje się do reklamy pigułek na uspokojenie. Co prawda klejnotami się tym razem nie chwalił, ale dziwnych gestów i wymachiwania szczotką jak szabelką nie zabrakło. Pozdrawiamy dziadka serdecznie.

Po meczu spotykamy trzyosobową grupkę fanów Wisły, a oprócz nich, na trybunach można było wypatrzeć inną trzyosobową grupkę, ubraną w szaliki Śląska.

Mecz na parkiecie

Wynik niby zdecydowanie na plus, ale na parkiecie długo tak wesoło nie było. Nie zabrakło sędziowskich kontrowersji, wymownych spojrzeń trenera (cytaty oszczędzimy), no i obowiązkowego “Łakis Show”. Co ten gość wyprawia, to wciąż nie możemy się nadziwić.

Hitem dnia był jednak dach dla naszego kapitana za… rzucenie piłką w parkiet. Dosłownie, sędzia na pytanie trenera “za co?” odpowiedział “rzucił piłką”. Raczej nie wymaga komentarza.

Ostatecznie zryw w czwartej kwarcie nie pozostawia złudzeń, kto ma grać dalej. Finał rozgrywek o Puchar PZKosz wg plotek – w Krośnie. W fatalnym terminie, więc ewentualna wycieczka będzie wyczynem.

Sto lat na zero

Nasz rekordzista wyjazdowy wyrównał swój bilans zwycięskich i przegranych spotkań. Oj, można sobie podreperować bilans w te dwa sezony, można. Żeby mu za dobrze nie było, to na swoje urodziny usłyszał sto lat i niech mu zakaz wyjazdowy nigdy nie wygaśnie!

Kolejny wyjazd… znowu w środę. Za tydzień Wojskowi jadą do… Krosna. Nasza obecność stoi pod sporym znakiem zapytania. Ciekawsze jest natomiast to, z kim nam przyjdzie grać. Po rozszyfrowaniu skrótów, mecz można przedstawić jako starcie: Podkarpacki Bank Spółdzielczy Bank Efir Energy Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji Krosno kontra Wojskowy Klub Sportowy Śląsk Wrocław. W skrócie PBS Bank Efir Energy MOSiR Krosno – WKS Śląsk Wrocław. I niech mi ktoś powie, że sponsorzy tytularni nie szmacą nazw klubów?

Powrót

Byle szybciej do wozów, bo zimno. Wcześniej K. wychowywał młodzież, gdzie i jak można się zaopatrzyć w barwy klubowe. Hasło “byle szybciej, bo zimno” obowiązywało również na trasie, gdzie postojów zupełnie unikano. Byli i tacy, co urządzili tylko jeden – we Wrocławiu, przy pizzerii, by tuż przed zamknięciem lokalu uzupełnić braki w wadze. Innych na postoju wyprzedzili koszykarze. Humory biesiadne przeplatały się z przeżywaniem traumy… Szczegółami Czytelnika zanudzać nie będziemy.

W domach meldujemy się po 22, a kolejny pojedynek w niedzielę w Orbicie. Godzina nietypowa, 14:00. Bilety do “młyna” standardowo można zamawiać pod adresem kontakt[małpa]kosynierzy.info

0:0

KS Pogoń Prudnik pokonany. Było znacznie więcej problemów i strachu niż się obawialiśmy, ale wyszło to nam chyba na zdrowie. Genialny wyjazd w środę i bodaj najlepszy w sezonie doping u siebie wczoraj wieczorem. Nóż na gardle działa zdecydowanie mobilizująco. W sektorze sauna i każdy wyszedł z hali lżejszy o litry wylanego potu. A tak naprawdę, to dopiero przedsmak wrażeń.

fot. wks-slask.pl

Po meczu tradycyjny okrzyk inicjuje Mateusz Płatek – na naszą prośbę, jako wyróżnienie za charakter i niesamowite gryzienie parkietu od wielu spotkań.

Bochen dawaj, Najman czeka

fot. mmwroclaw.pl

Przed nami apogeum sezonu. Upragniony finał, z upragnionym rywalem, czyli Stalą Ostrów Wielkopolski. Dlaczego upragniony rywal? Bo daje gwarancję 200% adrenaliny w każdym ze spotkań. Bo nikogo nie trzeba będzie mobilizować.

Bo wygrać ze Stalą smakuje wybornie.

W końcu – bo dzięki temu jest szansa, że do 1. ligi awansuje i Śląsk i Stal.

Startujemy za tydzień

5. i  6. maja mecze u nas, chociaż przewinęła mi się też plotka, że może być start dzień wcześniej i zagralibyśmy w piątek i sobotę. Do Ostrowa jedziemy tydzień później, na jeden, bądź dwa spotkania, jeżeli będzie taka potrzeba.

Chętni by z nami wspólnie robić kocioł we Wrocławiu, bądź w Ostrowie – prosimy o kontakt na mail bilety małpa kosynierzy.info W przypadku wyjazdu bardzo istotna jest dla nas informacja o zapotrzebowaniu, żebyśmy wiedzieli ile biletów zamówić (i jaki transport). Nie ukrywam, że liczymy na wynik jeszcze lepszy niż w środę w Prudniku.

p.s.

MARIAN CZAJKOWSKI! NAJLEPSZYM SPIKEREM POLSKI!

Prudnik, 25. kwietnia 2012

Na początku był stres

fot. wks-slask.pl

Po sobotniej porażce niektórym jeszcze ręce nie zdążyły się odkleić od głów w geście zdziwienia, a już kilku osobom żołądki zaczęły się kurczyć ze strachu. Do środy odnotowano koszmary, częste wizyty na tronie w samotni, albo przejawy bredzenia. Jednak dzięki temu nagle wszyscy zaczęli kombinować… co zrobić, żeby w środę wieczorem być na meczu w Prudniku.

Niemały ból głowy miał niżej podpisany – początkowe zapotrzebowanie zapowiadało skromną wycieczkę autami; w pięć minut po ogłoszeniu wyjazdu na stronie Śląska jasnym było, że potrzebny będzie bus… a raczej bus i parę aut.

We wtorek okazało się, że busa jednak nie ma, a nawet gdyby był to jego pojemność przestała być wystarczająca. Ostatecznie pojechaliśmy niepełnym autokarem, gonieni przez samochody urywających się z pracy, czy uczelni. W Prudniku odebraliśmy 59 biletów, do tego na miejscu spotkaliśmy ponad trzydziestu kibiców Śląska – większość co prawda biernie śledziła mecz, byli jednak i tacy, którzy żywiołowo dopingowali razem z nami. Ciężko jednak określić dokładną liczbę dopingujących – 65 sztuk będzie chyba uczciwym założeniem.

O tym jaką mobilizację wywołało postawienie nas pod ścianą świadczy też fakt, że w Prudniku odnotowaliśmy osoby… których nie spodziewalibyśmy się na meczu u siebie.

Jazda

W zasadzie spokojna. Towarzystwo wyraźnie kumulowało w sobie napięcie i wyczekiwanie pierwszego, a najlepiej od razu ostatniego gwizdka spotkania. Żeby oddalić czarne myśli niektórzy oddali się hazardowi, inni drzemce, albo poznawaniu wyjazdowych debiutantów życząc im, żeby to nie był ich ostatni wyjazd.

Świadomi ciasnoty pod balkonami hali Obuwnik zamówiliśmy miejsca zarówno pod, jak i na samym balkonie. Tuż przed meczem dowiedzieliśmy się, że na balkon nie wejdziemy… bo komisarz nie wyraził zgody. Co ma do tego komisarz zawodów – nie wiem. I jak wg niego pod balkon miało “spokojnie wejść 100 osób” – tym bardziej nie wiem. Ostatecznie komisarz odpuścił, dzięki czemu po raz pierwszy chyba na jakimkolwiek meczu byliśmy podzieleni na dwie grupy. Efekt wzajemnego mobilizowania się tych z góry przez tych z dołu i na odwrót – bezcenny.

Wiadomości pozytywnych inaczej było więcej. Kolejna zapowiedziała, że możemy przygotować się mentalnie na małyszomanię. Takiej ilości wuwuzel na meczu najstarszy Koelner nie pamięta.

Mecz

fot. nto.pl

Bohaterami spotkania bez wątpienia byli… nie, nie Kulon z Mroczkiem-Truskowskim. Nie Radziu z Mirkiem. Bohaterami byli panowie Janusz Baranowski i Marcin Olejnik. Przez cztery lata w drugiej lidze zdążyliśmy się przyzwyczaić, że liczenie do trzech to umiejętność przerastająca panów w żółtych koszulkach. Że (nie) gwizdanie dziwnych fauli to normalka. Że nie wiemy, kiedy są kroki – to również się trafia. Ale jak dodamy to wszystko, przemnożymy przez trzy razy więcej niż średnia takich sytuacji i dodamy, że sędziowie nie widzą błędu połowy (dwa razy!!), albo nie potrafią się między sobą dogadać, jak zinterpretować sytuację, że kibice muszą przypominać sędziom skąd jest wybicie piłki… a to wszystko w meczu o życie, to ręce opadają poniżej kostek. Nie wiem kto na takim gwizdaniu więcej w meczu skorzystał, my czy Pogoń – to jest teraz niepoliczalne, bo sytuacja sytuacji nierówna, a tych było zatrzęsienie. Mam tylko nadzieję, że władze ligi postarają się, żeby w finale (w którym mam nadzieję zagramy) poziom gwizdania nie przeszkadzał w odbiorze spotkania. Bo wczoraj była tragedia.

Bez wątpienia bohaterem publiczności był też mistrz mopa, który kilkukrotnie dawał znać, że swędzi go przyrodzenie. Cóż… co kraj to obyczaj, jak to mawiają.

To teraz można przejść do meritum.

Rollercoaster na całego. Świetne otwarcie, niesamowity zza łuku Mroko, walka w obronie i gryzienie parkietu. Z drugiej strony kompletny brak pomysłu na grę w pomalowanym – w całym meczu Śląsk trafił zaledwie osiem razy za 2 punkty!!. Jedna z naszych silniejszy broni – zbiórki w ataku – w środę nie istniała. W drugiej połowie nasza gra opierała się na próbach za trzy akcja za akcją. Nie brakowało głupich strat, piłek wylewających się z kosza, zabójczych odpowiedzi rywala.

fot. wks-slask.pl

Na szczęście Śląsk nie złamał się, kiedy Prudnik wyszedł na dwupunktowe prowadzenie na dwie minuty przed końcem spotkania. Zamiast spuszczonych głów była mobilizacja i twarda obrona. Po słabym epizodzie w pierwszej połowie wydawało się, że treneiro po raz kolejny zapomni o Norbercie. O dziwo – dał mu szansę w drugiej połowie i to po niezłym okresie Glapińskiego. Starszy z braci odpłacił tym za co go cenimy najbardziej: twardą obroną i niesamowitym timingiem kluczowych rzutów, dorzucając na deser serię bezbłędnych osobistych.

Każdy zresztą dorzucił swoją cegiełkę, nawet Bochen, który pomimo statystycznych zer i zaledwie 7 minut na parkiecie, dał świetną zmianę w obronie.

Niepotrzebna Euroliga

Po akcji 2+1 Norberta rozpoczął się dziki szał radości w naszej części hali. Na bok poszły ceraty, w ruch poszły tańce, a z każdą sekundą ubywało w hali trąbek, dzięki czemu mogliśmy po swojemu delektować się zwycięstwem na trudnym terenie.

Po ostatnim gwizdku parkiet był zielony.

fot. wks-slask.pl

Powrót

O najszybszych na drodze przemilczę – jeszcze się jakiś fotoradar upomni. Wesoły autokar do Wrocławia zawitał po godzinie 23.

Ważniejszą kwestią jest jednak, żeby teraz w głowach wróciła świadomość, że półfinał to seria, w której jest dopiero 1:1. I że w sobotę po raz kolejny zagramy z nożem na gardle – wygrać po prostu trzeba.

Wczoraj Pogoni wiele do sukcesu nie zabrakło, a przykład Basketu Pleszew pokazuje, że zmarnować wysiłek jest bardzo łatwo. W sobotę kolejny rozdział “droga do 1. ligi”, który trzeba zakończyć happy endem. Bez lekceważenia rywala, bo że łatwo z nim nie jest i nie będzie – przekonaliśmy się już dwukrotnie.

W sobotę zapowiada się nadkomplet w Kosynierce i emocje od pierwszej do ostatniej minuty. Początek decydującego o awansie spotkania o godzinie 20:00.

Uciekli spod gilotyny

Kibice WKKS-u do mobilizacji potrzebowali “cudu nad molem”. Kibice Śląska, żeby się zmobilizować potrzebowali… porażki, która stawiał ich pod ścianą.

Wyjazd do Prudnika trzeba będzie uznać ze wszech miar udanym. Pełna relacja jednak najwcześniej w czwartek wieczorem.

Tymczasem chętni, by w sobotę wspomóc postawienie kropki nad i mogą zgłaszać się na adres bilet małpka kosynierzy.info. Mecz numer 3 w sobotę o godzinie 20.

PS.  Jako zapowiedź relacji przedstawiamy jak cieszyliśmy się po zwycięstwie! ;) WKS Śląsk!

Never surrender! KURWA!!

Kolega H., największy bodaj miłośnik i znawca historii w naszym skromnym gronie, po sobotnim meczu z Pogonią z miejsca zaczął się zastanawiać ile to razy od pierwszych Play-Off Śląsk grał z nożem na gardle. I co ważniejsze – z jakim skutkiem.

Zabrakło nam niestety wytrwałości, żeby odszukać dane z lat 85-901, nie mniej próba z wszystkich późniejszych powinna być wystarczająco miarodajna. Obraz jaki się wyłania z zebranych informacji jest taki sobie: na 24 pojedynki z nożem na gardle Wojskowym udało się wygrać 15 razy. Liczyliśmy wszystkie spotkania w przypadku których porażka oznaczała pożegnanie z tytułem (bądź brązowym medalem).

Lekcja historii

Najefektowniejszą serię Śląsk zagrał przeciwko koszykarzom z Pruszkowa. Półfinał 1998/99 ze stanu 0:2 udało się wygrać 3:2 – czyli aż trzy mecze, gdzie niekorzystny wynik zakończyłby sezon. Warto dodać, że na finiszu świętowaliśmy mistrzowski tytuł.

Najgorsza seria miała za to miejsce dwa lata wcześniej. W sezonie 1996/97, w półfinale z Komfortem Stargard Szczeciński, ze stanu 2:0 udało się przegrać 2:3, ostatecznie zajmując czwarte miejsce.

Najwięcej odwiedzin wrocławscy kardiolodzy odnotowali w sezonie 1998/99. Od początku do końca Play-Off Trójkolorowi nie oszczędzali nerwów swoich fanów, najpierw wygrywając serię ze Stargardem 3:2. Później była wspomniana już seria z Pruszkowem, a na koniec finał z Nobilesem Włocławek i siedmio-meczowa batalia zakończona złotem.

Tylko raz zwycięstwo nic nam nie dało. W 2005 roku, w ćwierćfinale, wróciliśmy z Włocławka z bagażem 0:2. W pierwszym meczu we Wrocławiu udało się przedłużyć serię, niestety tylko o jedno spotkanie – Anwil odprawił nas z wynikiem 1:3.

Zemsta przyszła w 2007 roku. W serii do dwóch zwycięstw o brązowy medal, Anwil prowadził 0:1, żeby przegrać 2:1. To była zresztą analogiczna sytuacja do dzisiejszej – też przegraliśmy u siebie, jadąc na trudny teren z przekonaniem, że “tam się nie da wygrać”.

Wygrać, albo zginąć

Dzisiaj stoimy na krawędzi, a właściwie to już dyndamy trzymając się jedną ręką. To nie jest nóż na gardle, ba! do przełyku zmierza ostrze gilotyny.

W środę po prostu trzeba wygrać. Nie ma innej opcji.

  1. sezon 1984/85 był pierwszy z fazą PO []