Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Tag Archive for 'Waldemar Siemiński'

O reaktywacji słów kilka

W komentarzach pojawił się zarzut do mojego wpisu o chęci awansu na parkiecie i pytanie, czy to stanowisko całego KK. W ramach wyjaśnienia postanowiłem napisać jeszcze parę słów w tym temacie.

Jesteśmy wszyscy zgodni, że dzika karta “nam się należy”. Nie spadliśmy, tak naprawdę nawet nie zostaliśmy wycofani z powodu problemów z brakiem pieniędzy, a z powodu ograniczenia umysłowego właściciela, który najwyraźniej chciał się tak odpłacić kibicom, za ich “niewdzięczność”.

Pomimo tego, nie chcemy tej dzikiej karty. Nie chcemy jej, bo:

  • wrocławianie na nią nie zasłużyli swoją postawą; kiedy walczyliśmy o byt klubu, na manifestacje przychodziło niewiele osób. Kiedy seniorski klub upadł, do Kosynierki chodziła jedynie garstka zapaleńców. Ludzie uważają, że PLK, że walka o medale, Euroliga im się należy. Nie ma przywiązania do klubu, ale do sukcesów i dobrej gry.
  • awans na parkiecie to niesamowite emocje i budowanie więzi z klubem. Można to było zobaczyć w każdej hali, która w tym roku wywalczyła awans do PLK. Ludzie siedzący na schodach, wokół parkietu, gdzie się tylko dało, byle być uczestnikiem tej chwili. Podobnie jest z tymi, którzy towarzyszyli piłkarzom w drodze z 3 ligi do ekstraklasy.

Chcielibyśmy przeżyć to samo. Zbudować wśród ludzi silniejszą więź z klubem.

I uniknąć dajśmana, ceptera, idei, czy innej ery w nazwie.

Sezon 2006/07 w naszej galerii

Zacznę jak kolega: razem z kolegą yanoo uzupełniliśmy galerię o sezon 2006/07. A jaki to był sezon?

Na początku sezonu definitywnie (czy aby na pewno?) pożegnaliśmy z klubu obecnego vice premiera Grzegorza Schetynę. Przekazał klub Waldemarowi Siemińskiemu i wszyscy byliśmy pełni nadziei na lepsze jutro. Trenerem ponownie został „Furioso” Urlep co gwarantowało walkę na parkiecie od pierwszej do ostatniej minuty. Ale prawdziwe pożegnanie nastąpiło 22.10.2006 roku… Podczas pierwszego meczu z Polpharmą Starogard Gdański, z okazji zakończenia kariery MACIEJ ZIELIŃSKI został uhonorowany przez klub WKS Śląsk. Numer 9 z którym występował w Śląsku został zastrzeżony i już nikt nigdy (mam nadzieję, że nie znajdzie się oszołom który to zmieni!) nie wystąpi w koszulce z dziewiątką na plecach. Zielony Na Zawsze!

Praktycznie na każdym meczu wówczas był komplet publiczności, mimo jak zawsze wysokich cen biletów. Nie udało się rozegrać żadnego spotkania w Hali Ludowej niestety, ale Orbita na wielu spotkaniach pękała w szwach. Od pierwszego zwycięskiego meczu wytworzyła się wspaniała atmosfera wokół zespołu. Właśnie – zespołu. Wszyscy mieli świadomość, że Śląsk jest zespołem i zgraną ekipą pod wodzą Urlepa, a nie bandą gwiazdeczek. W Śląsku został ostatni z 3 wielkich, czyli Dominik Tomczyk, macedoński snajper Aleksandar Dimitrovski niestety z powodu kłopotów zdrowotnych nie dokończył sezonu, nasz wychowanek Kamil Chanas większą część sezonu leczył się z powodu kontuzji, jakiej nabawił się sezon wcześniej w Starogardzie, wrócił Radek Hyży, dołączyli Oliver Stević, który, okazał się być strzałem w 10tke, Branislav Jancikin, o którym Urlep mówił, że będzie lepszy niż Goran Jagodnik (hahaha) oraz Miha Fon. Rozgrywającym został Amerykanin Tim Kisner, który po prawdzie miał tylko jeden dobry mecz, ale kilkoma gestami w meczu z Anwilem sprawił, że na zawsze znalazł miejsce w naszej pamięci. Niestety z powodu słabej gry (spowodowanej jakby nie było kontuzjami stawów skokowych) również nie dokończył sezonu. Do zespołu dołączył Brandun Hughes, który chyba grał już we wszystkich klubach w Polsce. Rzucił dla nas wiele ważnych punktów w końcówce sezonu, aczkolwiek wielu z nas zapamiętało go… spod sklepu Żabka… :) pierwszym centrem miał być Glen Elliott, który był w przeszłości ochroniarzem znanego rapera amerykańskiego, co zresztą było widać na parkiecie. Później zastąpił go Zendon Hamilton, który grał przeciętnie i nigdy nie pokazał swoich prawdziwych umiejętności. Jednak tym, który ciągnął grę był Dean Oliver. Nie był to, co prawda gracz na miarę Reja Miglinieksa, czy Lynna Greera, ale swą grą udowodnił, że warto było na niego postawić i szkoda, że nie został na dłużej we Wrocławiu. Na jego cześć odkurzyliśmy melodię, na którą dawno temu już śpiewano „Williams okey”.

Wiele projektów czekających na realizację udało się zrealizować. Troszkę wówczas jeździliśmy na wyjazdy, w mniejszych lub większych liczbach. Rekordem okazało się 120 osób we Włocławku. Udało się zaprezentować kilka opraw, odkurzyliśmy flagę giganta „Cała Polska w cieniu Śląska”, którą trzeba było pozszywać nieco. Zadebiutowały też 4 inne flagi na płot/szybę, w tym najważniejsza na cześć, pamięć i chwałę tego najważniejszego. Pojawiło się kilka szalików i koszulek własnej produkcji. Na stałe wówczas zagościliśmy na sektorze B, dzięki czemu byliśmy bliżej reszty kibiców. Rekord frekwencji zanotowano na meczu z Prokomem 22.12.2006, gdzie pierwszy raz od kilku lat pojawiły się „koniki” pod halą. Wówczas też zorganizowaliśmy sobie, na większą niż zwykle skalę, akcje z konfetti wyrzucanym po pierwszych punktach. Mieliśmy rozdać jak najwięcej, żeby starczyło na jedną stronę hali w optymistycznych założeniach. Jak się okazało konfetti było za dużo i nie zdarzyliśmy rozdać całej Orbicie, efektem czego było wyrzucanie reklamówek w górę, przez co zmarnowaliśmy potencjał makulaturowy jaki w nas drzemał.

Mieliśmy nadzieję na finał. Na 18tkę. Na kolejne złoto, a zatrzymał nas Turów Zgorzelec. Nie ulega wątpliwości, że zgorzelczanie byli lepsi i zasłużenie awansowali do finału. Nie mniej jednak, rywalizacje z Turowem zapamiętamy między innymi z powodu pewnego idioty w różowym krawacie, który robił problemy w Zgorzelcu i jakieś dyrdymały wygadywał w prasie. No cóż, można chłopa ze wsi wyrwać, ale wsi z chłopa już nie. Finału nie było, ale był mecz o 3. miejsce z Anwilem Włocławek. Święta Wojna wiecznie trwa, niezależnie o co mecz : ) jeśli dobrze pamiętam byliśmy przekonani, że uda nam się wygrać i będziemy mieli brąz… a tu zonk na dzień dobry, przegrywamy 19.05.2008 w Orbicie po beznadziejnej grze i w rywalizacji do dwóch zwycięstw jest 1:0 dla Anwilu, a kolejny mecz we Włocławku. Postanowiliśmy pojechać rzecz jasna na Kujawy. Kto był nie żałował. Zobaczyć jak zwykle te wszystkie fucki, i pianę na pyskach, co poniektórych bohaterów, usłyszeć te bluzgi wszystkie. Dwie koleżanki zostały oblane piwem przed halą, ktoś wymienił ciosy między sobą, ktoś inny został opluty prawie, a kto inny dostał butelką. Wygrać we Włocławku bezcenne tym bardziej, że pod halą już stały stoliki z okazji imprezy po zdobyciu medalu. Troszkę imprezę popsuliśmy. I fajnie, bo nasza trwała dość długo, dla niektórych może za krótko, ale nie ma co rozpamiętywać.

Ostatni mecz sezonu to już historia zapisana złotymi zgłoskami. Medal. Radość. Szał. Zielony na sektorze. Rynek. Co tu dużo mówić… wróciliśmy do gry!

Sezon 2005/06 w naszej galerii

Razem z kolegą drughim uzupełniliśmy galerię o sezon 2005/06. A jaki to był sezon?

“Gwiazdami” były takie postaci jak Ante Kapov, który zapisał się w pamięci świetnym rozegraniem kontr, po których piłka lubiła lądować wśród publiczności. Gdzie pod deską rządził i dzielił Srdjan Lalić, potykający się o własne nogi i oddający rywalowi każdą zebraną przez siebie piłkę. Na obwodzie rządzili Kevin Fletcher, który rzekomo był twardym centrem oraz Dżanis Korshuk, wiecznie rzujący gumę.

By ratować się przed spadkiem zmieniono trenera – Tomasza Jankowskiego zastąpił Jarosław Zyskowski, który odnalazł pozycję dla Darrena Kelly’ego. Czarnoskóry zawodnik przeobraził się z ostatniej łamagi w postrach obrońców – zarówno na obwodzie, jak i pod deską, a za to co wyprawiał w spotkaniu z Turowem z końcówki sezonu wielu kibiców do dziś miło wspomina tego zawodnika.

Sezon zakończył się bardzo brutalnie – odpadnięciem w ćwierćfinałach. Po zwycięskim meczu otwarcia – pierwszym naszym zwycięskim wyjeździe – wszyscy byli w hurraoptymistycznych nastrojach. Rzeczywistość okazała się bezlitosna i skończyło się na 1:3.

Sezon w ogóle był bezlitosny. Po fatalnym spotkaniu we Włocławku, gdzie dostaliśmy srogie baty, kilku naszych kolegów postanowiło poczekać na Michała Ignerskiego, wówczas zawodnika rumuńskiego klubu, by spytać go, czy nadal chce “zostać następcą Macieja Zielińskiego”, jak to wspominał na jednym z czatów sezon wcześniej. Michał dopiero po kilku minutach rozmowy zdał sobie sprawę, że ma przed sobą wrocławian, a nie włocławian, pomimo, że ci dumnie prezentowali na sobie zielone barwy…

To był też historyczny dla klubu sezon, kiedy zmienił właściciela. Grzegorz Schetyna przekonany, że oddaje klub w ręce kumpla odsprzedał Śląsk Siemińskiemu. Z początku wszyscy byli zadowoleni i szczęśliwi, a co było potem, to już opowiadać nie trzeba.

Ach jaka piękna tragedia

ognisko“Spłonął dom wrocławskiego biznesmena” – tak krzyczą nagłówki newsów, które poderwały wrocławskie środowisko kibiców do wspólnego świętowania. “Palce Boży”, “ciekawe, czy strażacy dobrze pracowali”, “teraz i on poczuje jak to jest, kiedy traci się dorobek życia” – to tylko wybrane przeze mnie z dziesiątek komentarzy.

Wyrazy współczucia? Nie doszukałem się. Choć i takie opinie wyczytałem, że współczuć nie ma czemu, bo “dom na pewno był dobrze ubezpieczony”.

Nie mnie oceniać, czy Waldemar Siemiński słusznie dorobił się aż takiej nienawiści. Nie da się ukryć, że sporo pieniędzy w klub wpompował, a i niemało faktów na temat wycofania klubu nie ujrzało (i pewnie nigdy nie ujrzy) światła dziennego. Temat już jednak pozostawiam dla socjologów, na pewno nadaje się na jakąś pracę magisterską.

Mam jednak nadzieję, że opinia o ubezpieczeniu potwierdzi się i Siemiński zbytnio stratny na pożarze nie wyjdzie. Nie mówię tak ze względu na jakikolwiek sentyment do grabarza; po prostu głupio by było, gdyby na radości kibiców mieli ucierpieć przeciętni Kowalscy, którzy mają nieszczęście pracować u dołu drabinki społecznej w ASCOPolu. Bo jeśli czyjaś kieszeń miałaby na tym ucierpieć, to pewnie ich.

Nowy rok, stary rok

Za nami 2008 rok, rok z którego kibice zapamiętają przede wszystkim jedną datę i jedno wydarzenie – 10 października 2008. Tak jak powiedział trener Jankowski poproszony o podsumowanie tego roku: “Nikt nie będzie pamiętał medalu, składu, ani spotkań. Wszystko przesłania wycofanie klubu z rozgrywek.”

W ciągu ubiegłorocznych 366 dni działo się jednak wiele ciekawego i jest co podsumowywać. Zaprezentowaliśmy się w sześciu miastach (miasteczkach?) podczas trzynastu wyjazdów; w tym zaliczyliśmy jeden z naszych najlepszych w historii – do Ostrowa 20 kwietnia. Kto był, ten wie dlaczego.

Koszykarze zdobyli brąz, a kibice zajęli piąte miejsce podczas koszykarskich mistrzostw kibiców.

Do języka potocznego weszło stwierdzenie “bendzie dobrze” serwowane przez Mariusza Bałuszyńskiego na każdym kroku, wypierając wszelkie złote myśli mistrza gatunku – Waldemara Łuczaka.

Rezerwy Śląska przeszły istną rewolucję – i nie mam tu na myśli awansu w hierarchi do rangi pierwszej drużyny. Klub opuściło większość zawodników, a skład, który zmontowano jest przez wielu uważany za najsłabszy od wielu, wielu lat.

Trener Jankowski wprowadził w życie program Basketmania, który ma na celu propagować kulturę fizyczną oraz grę w koszykówkę wśród najmłodszych. Idea szczytna, wykonanie chyba niezłe, ale jakże tragiczny jest w tym wszystkim fakt, że jest to dopiero pionierski projekt w tym kraju… Tymczasem darmozjady z PLK rozpowiadają, że wiele robią dla popularyzacji koszykówki w Polsce. Tylko brzuch im rośnie od tej popularyzacji. Albo nie tylko brzuch.

Kryzys klubu objawił też dwie twarze niektórych osób; takich, które potrafią wyzywać rywala, a potem przybrać jego barwy, czy spakować szalik w drodze do domu. Choć nie brakuje i milszych akcentów – dopiero co zrugany przeze mnie Radosław Hyży wśród noworocznych życzeń wymienia reaktywację “ukochanego klubu, z ukochanego miasta”, Marcin Stefański nie boi się otwarcie mówić, że chciałby wrócić grać dla Śląska, pomimo tego, że kibice Górnika należą do tych pałających do nas największą nienawiścią.

No i na koniec podsumowań – spotkania w Kosynierce. Spodziewałem się nieco lepszej frekwencji i znacznie większego zapału, rzeczywistość sprowadziła jednak na ziemię. Dla wielu szok kulturowy okazał się zbyt duży, niektórzy potrzebowali drobnej pomocy, by z tego szoku wyjść. Kto jednak miał zostać, ten został i to jest najważniejsze.

Życzenia na nowy rok? Marzy mi się wrześniowa, czy też październikowa inauguracja ligi w Hali Stulecia. Blisko 500 gardeł zebranych na lewym balkonie (nie pytajcie, czy to jest możliwe) wprowadzających jakość, jakiej nikt w PLK jeszcze nie widział. Prawdziwy Feniks z popiołów.

Lewy balkon

Ale przede wszystkim: żeby w nowym roku oddali to, co zabrali w starym.

p.s.

W sprawie pucharów – wg naszych informacji puchary zostaną wykupione przez miasto i oddane stowarzyszeniu WKS “Śląsk”. Przynajmniej ta jedna sprawa zapowiada się zakończyć happy endem.