Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Archive for the 'relacje' Category

Pierwszy awans

Trybuny w Gliwicach mają swój urok

Na Górny Śląsk pojechało nas 13 sztuk. Niby pechowa liczba, jednak nie przeszkodziła w awansie. Nie mniej – lekko nie było. Były momenty, kiedy nasi milusińscy zaliczali stratę za stratą, a gliwiczanie łapali wiatr w żagle trafiając kolejne trójki. Nie pomagała nam wysokość na jakich były zawieszone kosze. Gołym okiem widać było, że są znacznie niżej niż zwykle. Wrzucenie drugiego biegu w obronie jednak wystarczyło, żeby mecz wracał na spodziewane tory. Miejscowi najwyraźniej spodziewali się takiego przebiegu, bowiem spiker co rusz powtarzał… że to ostatni oficjalny mecz GTK Gliwice w tym sezonie. Pozazdrościć optymizmu.

W drodze powrotnej natknęliśmy się jeszcze na autokar pełny żółto-niebieskich kibiców Stali Nysa. Paradowali wesoło po gliwickiej stacji jakby byli u siebie. Ciekawe.

Pech jednak był. Na wyjeździe z Wrocławia jedno z aut okazało się niesprawne i konieczna była szybka wymiana bolidu. W samych Gliwicach, podczas rozgrzewki, Radek poczuł ból w kolanie i zagadką jest jego stan. Lekki uraz nie ominął też Mirka Łopatki (zabandażowana ręka)… ale drastycznych szczegółów może oszczędzimy czytelnikom.

Na koniec szkoda, że zawodnicy tak szybko uciekli do szatni. Byli chętni do przybicia piątek, ale zdążyli złapać ledwie tych, co mieli coś do zabrania ze sobą…

Jedna trzecia planu

Śląsk awansował do półfinału, gdzie czekać będzie na zwycięzcę rywalizacji Pogoń PrudnikWKK Wrocław. Wcześniej jednak Śląsk wywalczył awans do ligi wyżej. Mowa oczywiście o szczypiornistach, którzy pokonując MKS Poznań przypieczętowali pierwszy krok w drodze ku odrodzeniu. Niestety, plan świętowania trzech sukcesów wyraźnie chcą popsuć piłkarze, którzy stracili prowadzenie w ostatniej minucie spotkania, a tym samym marzenia o Mistrzostwie są dziś już tylko iluzoryczne.

W Kosynierce widzimy się w sobotę, 21. kwietnia.

Drodzy juniorzy

WKK Wrocław ma rzekomo szpital i zamiast fajnych derbów, byliśmy świadkami meczu kadetów z juniorami. Za 20 zł od łebka (10 PLN dla ulgowych). Drogą mamy tę młodzież.

Trudno emocjonować się meczem, kiedy jedni bez wysiłku leją drugich, zatem na parkiecie wiało nudą. Nie licząc paru efektownych zagrań Grzelińskiego, próby atomowego wsadu Bochenkiewicza i rekordowej ilości odgwizdanych trzech sekund. Trzeba było sobie radzić poza parkietem.

Co prawda rac w tym roku nie było – wbrew oczekiwaniom mądrali, którzy wysoką cenę biletów próbowali tłumaczyć “finansowym zabezpieczeniem się przed karami”. Może więc trzeba było odpalić? Z drugiej strony, w dzisiejszych czasach na komendę potrafią zaprosić za byle zapałkę, to i gra nie warta, nomen omen, świeczki. Zamiast tego na naszym sektorze było głośno i gęsto. Gęsto od ludzi i od flag.

Coraz lepiej wychodzi “nakręcanie się”, które zapowiada się prawdziwym przebojem na play offy – a w tych mamy już gwarancję przewagi parkietu.

Pękła żyłka

Nie zabrakło też kąśliwych haseł i trudnych pytań. Adresat w odpowiedzi potrafił jedynie machnąć ręką, a po końcowym gwizdku ulżyć sobie stosując filozofię Kalego. Mój Kuba sprzedaje łokcie? Dobrze. Wasi sprzedają łokcie? Źle. Moja Robotnicza pisze tylko o nas? Dobrze. Wasza Wybiórcza pisze tylko o was? Źle.

Przypomniał mi się też program telewizyjny “Wrocław Kocha Koszykówkę”. Cel szczytny, bo promocja koszykówki dolnośląskiej, w każdym jej wydaniu. Skończyło się na propagowaniu WKK Wrocław, a kiedy Śląsk zdobył MPJS doczekaliśmy się jedynie telegraficznej wzmianki. Dzisiaj wielkie oburzenie, że ktoś nie wychwala trofeum WKK.

Panu z Wąsem najwyraźniej puszczają nerwy i zaczyna brnąć drogą pewnego Grabarza. Ale, ale… nie nasz cyrk, nie nasze małpy. I na szczęście, nie nasz problem.

Krótka przerwa

Kolejny mecz już w niedzielę. Do Wrocławia przyjedzie KKS Mickiewicz Katowice, przedostatnia ekipa w tabeli. Zapowiada się kolejne spotkanie wypełnione wesołą koszykówką.

Chętni, by razem z nami pokibicować, mogą tradycyjnie zgłaszać się po bilety w cenie 5 PLN.

Ochłonąć

Długo zastanawiałem się w jakim tonie napisać tę relację. Początkowo miałem wstawić tylko zdjęcie i podpisać “pozdrowienia dla tych w kapciach”, ale teraz kara się za byle co

… stwierdziłem, więc że czas ochłonąć i na spokojnie wszystko przeanalizować.

Mecz

Kto oglądał ten wie, kto nie oglądał, ten zdążył przeczytać. Śląsk rozpoczął od mocnego uderzenia i 18:3. Potem był początek drugiej połowy, przypominający mecz ze stycznia – gdzie też było wysokie prowadzenie, a potem wszystko się posypało. Tym razem nasi milusińscy pokazali, że mają cojones i zamiast wydrzeć sobie zwycięstwo, to zgnietli Stal. Widok oszalałej z radości ławki na minutę przed końcem, drącej się WKS! – bezcenne.

Nas w Ostrowie 21 sztuk, plus dwie osoby – ojciec z synem – dołączyli nie wiedzieć kiedy i skąd, ale śpiewali razem z nami, więc w sektorze 23 osoby. Z jednej strony – wynik żenujący. Z drugiej – jakość, nie ilość, a skoro nawet ostrowski młyn chwali, że byliśmy lepsi niż najazd z Pleszewa, to chyba możemy być z siebie dumni. Choć były momenty, że nie słyszeliśmy samych siebie, to ogólnie nikt z hali bez zdartego gardła nie wyszedł, a niektórzy byli mokrzy, jakby te 40 min. wybiegali na parkiecie.

Doping Stali trzymał ich dobry poziom, chociaż brakowało mi dreszczy na plecach, tego “pierdolnięcia”. Wynik nie pomagał ;)

Po meczu szał radości, szampan i pamiątkowa sesja pod autokarem. To był nasz czwarty wyjazd do Ostrowa (nie licząc sobotniego ze Startem) w historii “drugoligowej”, z czego drugi zwycięski.

Hurraoptymizm

Wspominam te liczby ku przestrodze – znając życie niektórzy poczują się już bogami i w pierwszej lidze… a tu jeszcze sporo do rozegrania i wygrania, by ten cel – cel numer jeden – zrealizować. Do poprawy jest sporo – w finale popełniliśmy mnóstwo głupich strat, słabiutko zagrał Mirek Łopatka, a zza linii 6,75 skuteczność Śląska była niecodziennie rewelacyjna. Stal z pewnością odrobi lekcję z tego spotkania i wzmocniona Cielebąkiem, pełna pokory, będzie przeć do finału żądna rewanżu. Inne zespoły też nie oddadzą pola za darmo, nikt nam czerwonego dywanu nie rozłoży.

Osobny temat to my sami. Do końca rundy zasadniczej czeka nas jedynie jeden pseudowyjazd – na Chełmońskiego. Pozostaje uzbroić się na Play Off i zmazać plamę na honorze (liczbowo i organizacyjnie).

Najbliższy mecz w środę, 7. marca, z Pogonią Prudnik. Dużo czasu… więc na koniec, nacieszmy się jeszcze trochę.

fot. wks-slask.pl

A od jutra do roboty!

 

Finał jest nasz!

Jaka szkoda, że Państwo tego nie widzieli

To był chyba najlepszy, najciekawszy mecz, jakiego byliśmy świadkami w tym sezonie. I ten mecz obejrzało zaledwie kilkadziesiąt osób, może trochę ponad setka… wielka szkoda, ale żałować powinni głównie ci, którzy nie pojechali. Bo im się nie chciało.

Na początku był chaos

Zanim nadeszły emocje, była pierwsza kwarta, o której najlepiej byłoby powiedzieć, że się po prostu odbyła. Śląsk grał chaotycznie, stłamszony atletyzmem rywala. Na obwodzie szalał Szpyrka, a pod koszem wysocy Startu. Radziu sprawiał wrażenie, jakby wstał z łóżka pięć minut przed meczem, po kilku niezłych akcjach Glapiński opuścił parkiet kontuzjowany. Minus 11, w sumie stracone 33 punkty nastrajały bardzo pesymistycznie. Gdy nagle stał się cud.

Na drugą kwartę nasz zespół wyszedł niezwykle zmotywowany. Ostro zaczął Radziu, w obronie harowali za dwóch Płatek z Norbertem i nasza gra zaczęła coraz lepiej wyglądać. Świetne krótkie zmiany dawali Łopatka z Bochenem i do szatni schodziliśmy z bagażem “tylko” czterech punktów.

Być może to boska opatrzność spojrzała na nas łaskawiej, gdy dorzuciliśmy się do “puchy” dla chorego synka Jakuba Dryjańskiego.

Prosto do celu

Druga połowa to praktycznie kontynuacja tego, co działo się w drugiej kwarcie. Nie licząc pojedynczego zrywu gdynian, Śląsk sukcesywnie odrabiał straty, by w końcu przełamać wynik. Trójka Kulona na minutę przed końcem praktycznie przesądziła sprawę.  Wcześniej za trzy trafiali Mroku i Grygiel, ale największe wrażenie robiły rzuty z 9-10 (!!) metrów Glapińskiego (ozdrowiał w przerwie).

O ile Rosę Radom rozbiliśmy w dużej mierze dzięki trenerowi dwojga imion i “gwiazdorstwie” jego zawodników, to ze Startem przeprawa była dużo trudniejsza. Zawodnicy Śląska zagrali po prostu fantastyczne zawody. I co ważniejsze, w końcu pokazali charakter. Nie było widać spuszczonych głów, przerażenia, ani pretensji na cały świat. Była determinacja, wola walki i dążenie do celu – jeżeli tak będą wyglądać wojskowi w play-off, to o awans będę spokojny.

Wrócić z trofeum

O godzinie 16:00 początek sportowego święta, które dla jednych zakończy się powiększeniem inwentarza w gablocie klubowych trofeów. I nikogo w hali przy Kusocińskiego nie będzie obchodzić, że to Puchar o pietruszkę. Każdemu będzie zależeć na pokonaniu rywala, nie zabraknie więc emocji na trybunach, ani sportowych wrażeń na parkiecie.

A wygrane w Ostrowie smakują wyjątkowo.

Sinusoida

Po najlepszym meczu – sportowo i w dopingu – tym razem obniżka formy… i to od razu w obu przypadkach. Nie wiem, czy to efekt nagłej fali zimna, inwazja chorób, czy jeszcze co innego, efekt był jednak taki, że wczoraj na trybunach było niemrawo, chociaż licznie.

Na parkiecie po początkowym popisie Radka (11:1), gra zmizerniała, zawodnicy biegali coraz bardziej ospale, a gdyby nie pobudka w końcówce, Śląsk przegrałby po raz pierwszy w tym sezonie na swoim terenie. W trzeciej kwarcie straciliśmy Norberta Kulona, któremu zbuntowało się kolano. Na szczęście, młody rozgrywający powinien szybko wrócić na parkiet.

Śląsk zrewanżował się wygrywając 82:76, jednak najważniejsze w tym zwycięstwie, że w końcu udało się w jakimś meczu z czołówką przełamać schemat “wygrywamy, potem idzie źle, głowy w dół i mecz w plecy”.

Za tydzień Śląsk zagra w Żorach, potem Doral Kłodzko u nas. 25-26. lutego finał Pucharu PZKosz, przypominamy więc, że monitorujemy zainteresowanie wyjazdem na ten turniej – chętni niech piszą na adres wyjazdy[małpa]kosynierzy.info.