Dąbrowa Górnicza, 20.12.2014

10398684_798324503561558_4214453437075129940_nPomimo tego, że musieliśmy ZAPŁACIĆ za autostradę, benzynę i bilet na mecz, postanowiliśmy sprostać zadaniu i udać się na mecz do Dąbrowy Górniczej. Droga łatwa, szybka i przyjemna, chociaż stojąca pod hasłem “daj szkopowi długimi”, “rób go prawym” i, wbrew pozorom łatwości trasy, wyścigiem z czasem aby zdążyć na mecz.

W przeciwieństwie do naszej poprzedniej wyprawy do Dąbrowy, kiedy to ochrona w połowie pierwszej kwarty chciała wyprowadzić połowę naszej grupy, tym razem wykazała się całkowitym olewatorstwem (i dobrze!) w stosunku do nas i nie przeszkadzali nam od wejścia do momentu opuszczenia hali na której meldujemy się ostatecznie w 17 osób. Niestety, Dąbrowa Górnicza na scenie kibicowskiej nie istnieje – ich siedzący młynek w postaci kilku osób zaprezentował bogaty repertuar trzech (!) okrzyków – “Dąbrowa Górnicza”, “difęs” i “drukarze”.

Sam mecz – brakuje słów, którymi można by go określić i w tym momencie powinno się postawić wielokropek, ale… Nie jesteśmy koszofanami, niejednokrotnie stawaliśmy z podniesionym czołem, kiedy Śląsk dostawał baty od AWFów czy innych Prudników. Tak było i tym razem, ale sobotni mecz był przesadą, która nie pozwala przejść obok niego obojętnie. Liczba błędów, strat, bezradności i idiotycznych decyzji niezrozumiałych dla największych koszykarskich ignorantów, przeszła wszelkie pojęcie. I nawet nasz ulubieniec, sędzia Trawicki, nie musiał się specjalnie męczyć, aby nam zrobić kuku. Humory poprawił nieco nasz kolejny faworyt – Mój Kuba – który tak bardzo chciał się pokazać, że złapał dwa dachy i wyleciał na trybuny. Niemniej jednak, mecz przerżnęliśmy na własne życzenie. Oby wyszła z tego nauczka na przyszłość i może do kogoś w końcu dotrze, że na jednym zawodniku drużyny się nie zbuduje.

Ale nic to, walczymy dalej i oby to był tylko wypadek przy pracy zwiastujący dobre chwile po świętach. Zły nastrój minął jeszcze przed Katowicami, a opowieści o seryjnych mordercach skutecznie oddaliły negatywną atmosferę tego meczu. Na koniec dołączamy się do życzeń Radka Hyżego – odpocznijmy w najbliższych dniach i wróćmy silniejsi, bo “nie samym basketem człowiek żyje”.

13.02.2013, Dąbrowa Górnicza

285741_396794473750280_102159778_n13.02, środa, godz. 19 – termin byle jaki, ale w związku z tym, że mecz dla nas ważny, to zbieramy się w 15 osób (jak się nagle okazało w 14) i trzema bolidami z różnych części miasta wyruszamy w kierunku Dąbrowy Górniczej.

Pogoda jak termin, byle jaka, ale jak na takie warunki nawet szybko udaje się dojechać do autostrady. Po kilkunastu kilometrach w jednym z bolidów psikusa postanawia sprawić silniczek od wycieraczek, które to stanęły w miejscu i żadne próby reanimacji nie pomagały. Tak więc, jak łatwo się domyśleć, widoczność przez przednia szybę była zerowa i tutaj szacun dla kolegi W., który to z małym wsparciem, postanowił w tak ekstremalnych warunkach jechać dalej. Musieliśmy się zatrzymywać na każdej stacji w celu umycia przedniej szyby oraz wykonania różnych zabiegów, które to miały ożywić wycieraczki. Niestety bezskutecznie. W tak oto ekstremalnych warunkach meldujemy się pod halą MKS-u na kilka minut przed meczem.

Długa kolejka do kas pozwala myśleć, że całkiem ładna i nowoczesna hala będzie zapełniona. Jak się okazało na miejscowej publiczności nie zrobiło wrażenia, że przyjeżdża legenda polskiej koszykówki i ledwo zapełnili dolne sektory. Doping: jak na nas uważam całkiem przyzwoity, co potwierdził miejscowy spiker, który po próbach rozruszania dąbrowskiej publiki spotkał się tylko z naszym odzewem, czego też nie omieszkał skomentować – coś w rodzaju: oni mogą, a my co?

Miejscowa ekipa to może kilkanaście osób w barwach plus bęben. Doping w 90% skupiał się na znanym i lubianym w pewnych kręgach “defense klap klap klap“.

Mecz zacięty od początku do końca. Nie było chwili oddechu w postaci 20 punktowej przewagi, do której to zdążyliśmy się przyzwyczaić. Mogę śmiało stwierdzić, że jeden z trudniejszych do tej pory. Nie zmienia to jednak faktu, że wygraliśmy, bijając przy okazji “rekord wszech czasów” 22 zwycięstwem z rzędu.

Po meczu tradycyjnie już szkocja, kto wygrał mecz?, piąteczki z zawodnikami połączone z wzajemnymi podziękowaniami. Wyjście z hali opóźnia nam ochrona, która to na polecenie miejscowych służb mundurowych odprowadza nas do samochodów czekając tam przez chwilę w nadziei, że będą mogli z nami podjechać do granic miasta. Ochrona w ogóle stanowiła ciekawą zbieraninę, przewrażliwioną jakby przybyło stado Hunów i reagującą nawet… na niezadowolenie z decyzji sędziego.

Powrót zaczęliśmy od całkiem zabawnej sytuacji: otóż nawigacja w jednym z bolidów postanowiła poprowadzić nas w mazowieckie pomimo, że mecz z drużyną z tamtych rejonów dopiero parę dni później i to u nas. Szybko jednak zastępujemy elektronikę zdrowym rozsądkiem i kierujemy nasze bolidy w odpowiednia stronę.

Po drodze wspólna “dietetyczna” kolacja w jednej z przydrożnych restauracji, uzupełnienie zapasów na drogę w sklepie na stacji, wojna na śnieżki, w której to zwycięża przez nokaut załoga bolidu bez wycieraczek.

W spokojnym powrocie do domu pomogły nam czary w postaci niewidzialnej wycieraczki, którą to w końcu udało się kupić za niemałe pieniądze w wyżej wymienionym sklepie na stacji. Fakt ten utwierdził nas tylko w przekonaniu, że normalne wycieraczki wcale nie są potrzebne.

Cali i zdrowi meldujemy się po 24 we Wrocku, ostatni bolid dojeżdża do domu również w dobrej formie jak wnioskuję po 1 w nocy.

Relacja autorstwa P.

Ważna przerwa

plakat-ZniczŚląsk odprawił kolejnego rywala, wyrównał rekord Zastalu Zielona Góra, a teraz… odpoczywa. Kolejny pojedynek dopiero 13. lutego, czyli za półtorej tygodnia, w środę. Jak bić rekord, to na trudnym terenie, a za taki należy uznać Dąbrowę Górniczą – miejscowy MKS zajmuje obecnie trzecią pozycję w tabeli.

Nieco później, 17. lutego (niedziela) wracamy do Orbity, by podjąć Znicz Pruszków. Pruszkowscy specjaliści od antydopingu odgrażali się, że do Wrocławia przyjadą. Trzymamy za słowo.

O co zatem chodzi w tytule notki? Po pierwsze… o pieniądze. Jutro w południe w Ratuszu ma się odbyć na ten temat posiedzenie. Skoro w dobie kryzysu piłkarzom można dać podwyżkę, a wcześniej wyrzucić pieniądze w projekt zorganizowany naprędce i z woli kaprysu – to wydaje się, że tak prężnie rozwijający się klub, jak przy Mieszczańskiej, o pomoc z miasta nie powinien  nawet prosić, a jedynie być pytanym co jeszcze można dla niego zrobić, żeby było jeszcze lepiej. Tym bardziej, że nawet przeciwnicy Prawdziwków, po meczu z Anwilem chwalili za atmosferę i postawę na parkiecie. Można? Można. Wystarczy chcieć.

[youtube]mtyIgzviTho[/youtube]

Skoro było po pierwsze, to musi być i po drugie. Jak się rzekło, w niedzielę za dwa tygodnie gramy w Orbicie. Nie z Anwilem, ani nawet żadnym przeciętniakiem ekstraklasy, ale 9. zespołem 1. ligi. Dla niektórych rywalizacja z Pruszkowem to również święta wojna, ale całego Wrocławia nią się raczej nie natchnie. Mamy zatem zadanie postawione przed nosem – w dwa tygodnie wypełnić na niedzielne, wczesne popołudnie halę o pojemności 3 tys. miejsc.

Dlaczego warto przyjść na ten mecz? Po pierwsze atrakcje. Coś tam szykuje klub, jak wypali to i z naszej strony będzie oprawa. Po drugie doping. Mecz w Pucharze Polski uaktywnił internetowych znawców od wszystkiego, zapraszamy zatem, by wspólnie popracować nad poprawą. Po trzecie Pruszków – który nas nienawidzi (a jak bardzo, to pokazał mecz w Mazowieckiem) i być może zawita do stolicy Dolnego Śląska.

W końcu po czwarte. Dla Śląska.

Zaległości

Za nami wybitnie dobry tydzień w wykonaniu Śląska Wrocław. Mistrzostwo Polski w zapasach, wygrany turniej kadetów Basket Wrocław 96 Cup, zwycięstwa rezerw i pierwszej drużyny w wyjazdowych pojedynkach, wygrana piłkarzy ręcznych w Orbicie oraz piłkarzy nożnych w Zabrzu.

Koszykarze zdobyli nomen omen Śląsk nie bez trudu. Tak jak zapowiadałem, teren w Jaworznie okazał się dużo trudniejszy, niż wskazywałby na to wynik wcześniejszego starcia we Wrocławiu rozegranego w ramach pucharu. Co ciekawe, WKS wygrał z mniejszym udziałem weteranów – Łopatka i Kowalski spędzili na parkiecie niecałą kwartę. Trochę przy tym martwi forma strzelecka Norberta – w niedzielę zaliczył 0/7 z gry, w całym sezonie rzuca ze skutecznością o 10% gorszą niż w poprzednim. Mam nadzieję, że młody rozgrywający Śląska zaliczy wyraźny wzrost formy w drugiej części sezonu, tak jak w poprzednich latach.

Wysoka forma przyda się już na początku stycznia. W pierwszy weekend po Sylwestrowym szaleństwie jedziemy do Ostrowa (zapisy na wyjazd już trwają), kilka dni później Wrocław odwiedzi wicelider 1. ligi, MKS Dąbrowa Górnicza z którą powalczymy o kolejną rundę Pucharu PZKosz. Wcześniej wojskowi odwiedzą dwa inne śląskie miasta – Katowice oraz Gliwice.