List otwarty kibiców koszykarskiego Śląska Wrocław do prezesa klubu Waldemara Siemińskiego oraz Prezydenta miasta, Rafała Dutkiewicza

My, kibice koszykarskiego Śląska Wrocław, chcieliśmy wyrazić swój sprzeciw wobec tego, co się dzieje wokół naszego ukochanego klubu.

Panie Prezesie Waldemarze Siemiński! Ponad dwa lata temu zgodził się Pan przejąć na swoje barki misję i wielką odpowiedzialność prowadzenia najbardziej utytułowanego klubu w Polsce mówiąc „Tu jednak nie chodzi jedynie o biznes, lecz przede wszystkim o Śląsk” oraz „Zdaję sobie sprawę, ile ten klub znaczy dla Wrocławia i że jestem teraz odpowiedzialny za to. To jest również teraz mój ciężar”. Dzisiaj swoimi działaniami zaprzecza Pan własnym słowom traktując Śląsk jak zwykły biznes, który można w każdej chwili rozwiązać. Protestujemy przeciwko takim działaniom związanym z przyszłością klubu. Śląsk Wrocław istnieje na mapie Polski od 1947 roku, zdobył kilkadziesiąt medali mistrzostw Polski, w tym 17 złotych – a Pan chce to wszystko jedną decyzją zniszczyć.

Uważamy, że nie użył Pan wszelkich możliwych środków, aby przekazać klub w ręce innego inwestora. Dzisiaj próbuje Pan oddać Śląsk miastu szantażem, ogłaszając decyzję na kilka dni przed koniecznością zgłoszenia klubu do rozgrywek. Co więcej – powiadamia Pan miasto nie w bezpośredniej rozmowie, ale poprzez media – czy tak postępuje biznesmen, który chce uchodzić za rzetelnego partnera w biznesie?

Apelujemy o rozsądek i konsekwencję – wziął Pan na swoje barki wielką odpowiedzialność kontynuowania misji prowadzenia klubu – dobra społecznego miasta Wrocławia i całej koszykarskiej Polski – zrobił Pan w przeciągu tych dwóch lat wiele dobrego doprowadzając klub dwukrotnie do medalu, a dziś chce Pan zniszczyć wysiłek swój i kilku pokoleń, które pracowały na tę tradycję i uznanie Śląska w Polsce i Europie.

Apelujemy również do władz miasta, by nie reagowały tak zdecydowanie przeciwnie na pomysł przejęcia klubu. Śląsk to nasze wspólne dobro i wszyscy we Wrocławiu, którzy mają jakiś realny wpływ na jego dalsze istnienie, powinni dążyć do tego, by klub ten przetrwał.

Panie Prezydencie – zgadzamy się z Pańskim oburzeniem na taką, a nie inną formę próby przekazania klubu miastu. Dla nas również jest ona niezrozumiała. Jednocześnie apelujemy do Pana, by w sytuacji krytycznej nie umywał Pan rąk od Śląska. Nikt, w szczególności tak znacząca osoba jak Prezydent miasta, nie może chować głowy w piasek w chwili, kiedy ważą się losy części historii i tradycji tego wspaniałego miasta, jaką bez wątpienia jest Śląsk Wrocław.

Nie możemy pozwolić, by Śląsk Wrocław przestał istnieć!

Wrocławscy kibice, klub kibica „Kosynierzy”

Cyrku ciąg dalszy…

To co się obecnie wyprawia w naszym Śląsku można nazwać już tylko i wyłącznie farsą. O przyszłości jaka czeka klub nie wie chyba tak naprawdę nikt poza jaśniepanem Waldemarem Siemińskim.

Właściciel firmy ochroniarskiej najpierw w debilny, prostacki sposób poinformował miasto, iż jeśli nie przejmie od niego klubu to go rozwiąże, a następnie zaczął ze wszystkimi dookoła grać w kotka i myszkę.

Najpierw patron medialny klubu, czyli Gazeta Wrocławska (a konkretnie klubowa marionetka jaką jest redaktor ów pisma Michał Lizak, który napisze wszystko co każe Siemiński) puściła w świat info o planowanym na poniedziałek spotkaniu WŚ z prezydentem Dutkiewiczem.

Jak się okazało Dutkiewicz o spotkaniu nic nie wiedział. Być może pan Waldemar uważa się już za tak wysoko postawioną postać, iż każdy przypełza do niego na zawołanie. To by wszystko wyjaśniało. Dutkiewicz albo głupi, albo prasy nie czyta. Przecież jeśli ktoś taki, jak WŚ informuje za pomocą mediów, że spotkanie ma się odbyć, to rzecz jasna tak ma być.

Ale dosyć tych żartów. Siemiński, odkąd tylko lepiej dał się poznać, okazał się człowiekiem żyjącym we własnym świecie. Ostatnio jednak zapomniał się całkowicie. Każdego kto się z nim nie zgodzi przedstawia jako kretyna. Tymczasem jednak pośmiewisko robi sam z siebie…

Sprostowanie

W miniony piątek wrocławskie środowisko kibiców koszykarskich obiegła wiadomość, iż zorganizowana grupa fanów zamierza wyrazić swoje niezadowolenie w związku z decyzją WŚ o pozbyciu się klubu. Informacja o pikiecie jednak dość szybko zniknęła. W związku z tym zamieszczamy oficjalne sprostowanie w tej sprawie.

Faktycznie do demonstracji miało dojść. Miała ona mieć na celu “otwarcie oczu” panu Siemińskiemu na to, jak ważny jest dla nas Śląsk.

Naszą decyzję zmieniła jednak informacja na temat planowanego na poniedziałek spotkania pomiędzy właścicielem klubu, a prezydentem miasta Rafałem Dutkiewiczem.

Z niecierpliwością czekamy na wyniki tych rozmów, a następnie będziemy się zastanawiali co my, jako kibice, możemy w tej sprawiem zrobić.

Dziwak

Waldemar Siemiński rezygnuje z rządzenia Śląskiem Wrocław. Co będzie dalej – nad tym zastanawiają się wszyscy kibice, plotka goni plotkę, ale póki nie ma żadnych oficjalnych informacji, to pozwolę sobie skupić się na czymś innym – na ocenie rządów Waldemara “Groźnego”.

Sam zainteresowany twierdzi, że popełniał błędy i było ich zbyt wiele. Co znamienne – przyznaje się do tego po raz pierwszy, choć błędy wytykano mu na każdym kroku. Jak więc zapamiętają Siemińskiego kibice? Będzie zawsze już kojarzony głównie z aferą medialną (właśnie przegrał w tej sprawie proces z “Gazetą Wyborczą“…), aktualną rejteradą, no i słynnym 3-krotnym “NIE!”. Same negatywy. Czy słusznie?

Początek Waldemar Siemiński jako prezes miał wymarzony – przywitany jak objawienie, przejął stery klubu będącego w zapaści, który nagle zaczął wygrywać. Jeśli wierzyć jeszcze aktualnym włodarzom, to klub miał wtedy już przygotowany wniosek o upadłość spółki i tylko znalezienie chętnego na objęcie sterów w tym bagnie uratowało klub przed upadkiem. Do tego wszystkiego należy dodać, że Siemiński przejął klub w okresie, kiedy Śląsk miał chyba najsłabszy skład w historii – z Antosiem Kapovem (ach te jego słynne kontry 3 na 1 i posyłanie piłki wysokim lobem w trybuny…) jako gwiazdą zespołu, który mógł po raz pierwszy nie zakwalifikować się do Play Off. Od kiedy pojawił się Siemiński zespół jak za dotknięciem magicznej różdżki zaczął wygrywać mecz za meczem (z pamiętnym zwycięstwem nad Turowem w Orbicie) i apogeum wszystkiego – czyli wygrana w Koszalinie po rzucie Rona Johnsona.

Po tamtym meczu Siemiński dodatkowo zapunktował – stwierdził, że klub nie może istnieć bez kibiców i nie wyobraża sobie, żeby ci nie jeździli na wyjazdy. I zafundował nam autokar na wyjazd na ćwierćfinał do Słupska. Na mecz wygrany dodajmy. Pijani ze szczęścia kibice byli murem za nowym właścicielem, a ten po zdobyciu ich serc miał otwartą drogę, żeby spokojnie przebudowywać klub.

Potem nastało jednak brutalne zejście na ziemię, które nastąpiło już we wspomnianym ćwierćfinale – Śląsk uległ Czarnym 1:3. Wakacje rozpoczęto mocnym uderzeniem – ściągnięciem ponownie Andreja Urlepa, w założeniach na 3 lata, i wydawało się, że przed nami świetlana przyszłość.

Do takowej było jednak daleko, co pokazały transfery – Śląsk ściągał same anonimowe nazwiska, a to mogło oznaczać jedno: nie mamy pieniędzy. Rezygnacja z pucharów (do których i tak nie mieliśmy prawa, jako zespół z 5. miejsca), Urlep zajęty kadrą – nie wyglądało to najlepiej. Ostatecznie spośród anonimowych zawodników tylko jeden okazał się naprawdę rewelacyjną postacią – mowa oczywiście o Serbie Oliverze Steviciu – pozostali byli lepszymi, bądź gorszymi pracusiami od obrony, które dały Śląskowi i Urlepowi upragniony medal – tylko i aż brązowy.

I chociaż wpadek i pomyłek nie brakowało, niektóre wręcz raziły po oczach (z ciągłym trzymaniem przy klubie Waldemara Łuczaka na czele), to wszyscy nadal wierzyli, że wszystko idzie w dobrą stronę, klub się rozwija, a “Siema” to odpowiedni człowiek.

My sami, jako KK, zaliczyliśmy wówczas rekordową liczbę wyjazdów (14), z czego jeden – do Włocławka – w dwa autokary, wykorzystując chwilowy boom na koszykarski Śląsk, jaki powstał we Wrocławiu.

Boom skutecznie przyhamowany przesadzonymi cenami biletów.

Po zdobyciu medalu klub miał dalej iść do przodu, wtedy jednak nastąpiła największa seria wpadek, która ostatecznie doprowadziła do sytuacji, w której się dziś znajdujemy.

Nie znaleziono sponsora (Siemiński później tłumaczył się, że całe wakacje spędził na szukaniu wsparcia, ale wszędzie odprawiano go zanim w ogóle przystępowano do rozmów), zaliczono masę wpadek przy kontraktach (głośne ściągnięcie Kitzingera, Dalmau, Pluty; sprawa przedłużenia kontraktu z Dean Oliverem), pościągano kolejnych anonimowych zawodników (co gorsza – beznadziejnie słabych), jaja z karnetami (stwierdzono, że będą tylko sponsorskie), szantaż wszystkich dookoła w postaci ogłoszenia rezygnacji z pucharów oraz wspominana już afera z mediami i wielka wojna z GW.

A propos wojny – podczas naszego spotkania z prezesem objawił się on jako postać, która Gazetę uważa za zło wcielone. Przedstawił nam wywiad (nie opublikowany nigdzie), w którym rzuca nazwiskiem osoby z Wyborczej, która rzekomo miałyby nienawidzić Śląska i dążyć do jego upadku. Siemiński przedstawiał również przykłady takiego działania, np. puszczenie artykułu “Siemiński: spłaciłem długi Śląska”, kiedy prezes takich słów miał w ogóle nie wypowiedzieć. Jak opisywał sam zainteresowany – po tamtym artykule wszyscy wierzyciele rzucili się z pretensjami na klub.

Co było potem wszyscy doskonale pamiętamy – fatalny start w lidze, karuzela z zawodnikami i trenerami, wielkie nadzieje i na koniec status quo, czyli brązowy medal. Biorąc pod uwagę siłę zawirowań – jednak sukces.

Tutaj w ukryciu widać też ostatni plusik, który należy oddać prezesowi – te wszystkie zawirowania drogo klub kosztowały, a pieniądze płynęly z kasy Siemińskiego. Nie sądzę, żeby całość zamknęła się w planowanym budżecie (już na początku sezonu prezes Bałuszyński bąknął pod nosem, że nie ma szans się w nim zmieścić), a więc ktoś do tego musiał ostro dopłacić. I tym kimś był z pewnością prezes Waldemar Siemiński – a przecież mógł dać sobie spokój, zostawić wszystko jak było i obijać się o dno tabeli.

W całej tej zabawie jest też masa niedopowiedzianych spraw – bajzel w klubie, traktowanie pracowników, podejście do niuansów (np. pamiętne “wielbłądy” ortograficzne na stronie klubu przynoszące wstyd na całą Polskę – zareagowano na nie dopiero po naszej ostrej reprymendzie).

Czy W.S. był dobrym prezesem? Jeśli wierzyć zarządowi, jak wielki bałagan zastali, i jak wiele zrobili, by to wyprostować (chodzi głównie o finanse, księgowość i długi) – to trzeba mu oddać, że od tej strony zrobił dla klubu wiele i znakomicie oczyścił sprawy, których się nie widzi, ale które znacznie wpływają na poziom, który klub może prezentować. Kibiców interesuje jednak głównie kwestia sportowa, a w tej pomimo prób i obietnic niewiele się zmieniło – niekompetencja, słuchanie złych doradców, bajzel, działanie na “hurra”. To właśnie te działania znają kibice i to za nie oceniają prezesa Siemińskiego – liczą się efekty, a te były poniżej oczekiwań.

Małe proroctwo

Po tym jak Waldemar Siemiński postawił wczoraj miastu swoiste ultimatum zaczęły mnie nachodzić refleksje. A, że człek ze mnie nader marudny, to tradycyjnie musiałem sobie przy tym ponarzekać.

Wiele osób nie dopuszcza do siebie myśli, że klub, który jeszcze nie tak dawno regularnie podwyższał swą reputację w Europie mógłby dziś ot tak, po prostu zniknąć z koszykarskiej mapy i w najlepszym wypadku zaczynać od zera, ale po słowach jakie usłyszeliśmy wczoraj z ust W.S. jestem w stanie przyjąć najbardziej pesymistyczny scenariusz.

Dodatkowo optymizmem nie napawają pierwsze sygnały ze strony miasta.

Załóżmy, iż według tego scenariusza klub zostanie wycofany z rozgrywek DBE i w najlepszym przypadku wystartuje w drugiej (czyli trzeciej) lidze.

Nigdy nie zastanawiałem się jak daleko jestem wstanie pójść za klubem, który jest całym moim życiem, bo oczywiste jest to, że pójdę tak daleko jak będzie trzeba. Śląsk drugoligowy czy euroligowy to dla mnie ten sam klub i bez względu na to co się stanie będę się na meczach pojawiał. Nawet jeśli drużyna pod szyldem WKS-u wystąpi w lidze amatorów. Jestem przekonany że podobnie zrobią moi koledzy i koleżanki. Nie zostawimy klubu, który jest całym naszym życiem. Dzięki, któremu przeżyliśmy masę wspaniałych chwil ale też nie raz wylewaliśmy za niego łzy…