Mistrzostwa WKS Śląsk Wrocław

Archive

Uciekli spod gilotyny

Kibice WKKS-u do mobilizacji potrzebowali “cudu nad molem”. Kibice Śląska, żeby się zmobilizować potrzebowali… porażki, która stawiał ich pod ścianą.

Wyjazd do Prudnika trzeba będzie uznać ze wszech miar udanym. Pełna relacja jednak najwcześniej w czwartek wieczorem.

Tymczasem chętni, by w sobotę wspomóc postawienie kropki nad i mogą zgłaszać się na adres bilet małpka kosynierzy.info. Mecz numer 3 w sobotę o godzinie 20.

PS.  Jako zapowiedź relacji przedstawiamy jak cieszyliśmy się po zwycięstwie! ;) WKS Śląsk!

Never surrender! KURWA!!

Kolega H., największy bodaj miłośnik i znawca historii w naszym skromnym gronie, po sobotnim meczu z Pogonią z miejsca zaczął się zastanawiać ile to razy od pierwszych Play-Off Śląsk grał z nożem na gardle. I co ważniejsze – z jakim skutkiem.

Zabrakło nam niestety wytrwałości, żeby odszukać dane z lat 85-901, nie mniej próba z wszystkich późniejszych powinna być wystarczająco miarodajna. Obraz jaki się wyłania z zebranych informacji jest taki sobie: na 24 pojedynki z nożem na gardle Wojskowym udało się wygrać 15 razy. Liczyliśmy wszystkie spotkania w przypadku których porażka oznaczała pożegnanie z tytułem (bądź brązowym medalem).

Lekcja historii

Najefektowniejszą serię Śląsk zagrał przeciwko koszykarzom z Pruszkowa. Półfinał 1998/99 ze stanu 0:2 udało się wygrać 3:2 – czyli aż trzy mecze, gdzie niekorzystny wynik zakończyłby sezon. Warto dodać, że na finiszu świętowaliśmy mistrzowski tytuł.

Najgorsza seria miała za to miejsce dwa lata wcześniej. W sezonie 1996/97, w półfinale z Komfortem Stargard Szczeciński, ze stanu 2:0 udało się przegrać 2:3, ostatecznie zajmując czwarte miejsce.

Najwięcej odwiedzin wrocławscy kardiolodzy odnotowali w sezonie 1998/99. Od początku do końca Play-Off Trójkolorowi nie oszczędzali nerwów swoich fanów, najpierw wygrywając serię ze Stargardem 3:2. Później była wspomniana już seria z Pruszkowem, a na koniec finał z Nobilesem Włocławek i siedmio-meczowa batalia zakończona złotem.

Tylko raz zwycięstwo nic nam nie dało. W 2005 roku, w ćwierćfinale, wróciliśmy z Włocławka z bagażem 0:2. W pierwszym meczu we Wrocławiu udało się przedłużyć serię, niestety tylko o jedno spotkanie – Anwil odprawił nas z wynikiem 1:3.

Zemsta przyszła w 2007 roku. W serii do dwóch zwycięstw o brązowy medal, Anwil prowadził 0:1, żeby przegrać 2:1. To była zresztą analogiczna sytuacja do dzisiejszej – też przegraliśmy u siebie, jadąc na trudny teren z przekonaniem, że “tam się nie da wygrać”.

Wygrać, albo zginąć

Dzisiaj stoimy na krawędzi, a właściwie to już dyndamy trzymając się jedną ręką. To nie jest nóż na gardle, ba! do przełyku zmierza ostrze gilotyny.

W środę po prostu trzeba wygrać. Nie ma innej opcji.

  1. sezon 1984/85 był pierwszy z fazą PO []

Zamroczeni

Wściekłość

Wściekłość, bo przegrana na własne życzenie. Popisowo spieprzona ostatnia akcja w naszym wykonaniu, z paniką w oczach u… najbardziej doświadczonych. Pomijając tę jedną akcję, to obijana z zamiłowaniem obręcz przez Glapińskiego (0/6 za trzy) i Łopatkę (0/4). Kompletnie nieudany mecz Bochena, trochę niezrozumiały brak minut dla Kulona (szczególnie w obronie brakowało) i Leszcza. Fatalnie bronione deski, brak pomysłu na rewelacyjnego wieloryba, który ośmieszał nas jakby w jego cielsku zamknięto Greera.

Niedowierzanie

Niedowierzanie, bo jak k… można przegrać w ten sposób?! Wyjść z dołka na spore (w skali meczu) prowadzenie, by następnie spuścić z tonu i dać sobie wyrwać zwycięstwo. Mając piłkę meczową, oddać ją w ręce rywala i pozwolić mu zebrać trzy razy z własnej deski… ostatecznie tracąc punkty z końcową syreną. Wierzyć się nie chce, ale okazuje się, że jest drużyna zdolna tak spartolić. Nazywa się Śląsk Wrocław.

Przerażenie

Przerażenie, bo w Prudniku hala jest magiczna. Co prawda Pogoń w tym sezonie już u siebie przegrała, było to jednak w ogólnie kiepskim okresie tej drużyny. A teraz, podbudowani zdobyciem Kosynierki, wykorzystają każdy mistyczny atut swojej hali na 200%.

Jesteśmy na deskach, sędzia odlicza. Trzeba się podnieść, albo będzie bardzo bolesne K.O.

Pierwszy awans

Trybuny w Gliwicach mają swój urok

Na Górny Śląsk pojechało nas 13 sztuk. Niby pechowa liczba, jednak nie przeszkodziła w awansie. Nie mniej – lekko nie było. Były momenty, kiedy nasi milusińscy zaliczali stratę za stratą, a gliwiczanie łapali wiatr w żagle trafiając kolejne trójki. Nie pomagała nam wysokość na jakich były zawieszone kosze. Gołym okiem widać było, że są znacznie niżej niż zwykle. Wrzucenie drugiego biegu w obronie jednak wystarczyło, żeby mecz wracał na spodziewane tory. Miejscowi najwyraźniej spodziewali się takiego przebiegu, bowiem spiker co rusz powtarzał… że to ostatni oficjalny mecz GTK Gliwice w tym sezonie. Pozazdrościć optymizmu.

W drodze powrotnej natknęliśmy się jeszcze na autokar pełny żółto-niebieskich kibiców Stali Nysa. Paradowali wesoło po gliwickiej stacji jakby byli u siebie. Ciekawe.

Pech jednak był. Na wyjeździe z Wrocławia jedno z aut okazało się niesprawne i konieczna była szybka wymiana bolidu. W samych Gliwicach, podczas rozgrzewki, Radek poczuł ból w kolanie i zagadką jest jego stan. Lekki uraz nie ominął też Mirka Łopatki (zabandażowana ręka)… ale drastycznych szczegółów może oszczędzimy czytelnikom.

Na koniec szkoda, że zawodnicy tak szybko uciekli do szatni. Byli chętni do przybicia piątek, ale zdążyli złapać ledwie tych, co mieli coś do zabrania ze sobą…

Jedna trzecia planu

Śląsk awansował do półfinału, gdzie czekać będzie na zwycięzcę rywalizacji Pogoń PrudnikWKK Wrocław. Wcześniej jednak Śląsk wywalczył awans do ligi wyżej. Mowa oczywiście o szczypiornistach, którzy pokonując MKS Poznań przypieczętowali pierwszy krok w drodze ku odrodzeniu. Niestety, plan świętowania trzech sukcesów wyraźnie chcą popsuć piłkarze, którzy stracili prowadzenie w ostatniej minucie spotkania, a tym samym marzenia o Mistrzostwie są dziś już tylko iluzoryczne.

W Kosynierce widzimy się w sobotę, 21. kwietnia.

The Final Countdown!!!

Nadchodzi czas decydujących rozstrzygnięć. Niektórzy powiedzą, że to jeszcze nie finałowa rozgrywka bo mamy dopiero I rundę play off, ale to nie jest prawdą. Nasz finał zaczyna się właśnie teraz. Właśnie dziś, w czwartym z kolei sezonie kulania się po 2. lidze, nadchodzi nasz czas.

Jedni chwalą formułę play off, inni ganią. Teoretycznie przez cały sezon można grać… średnio, łagodnie rzecz ujmując, zakwalifikować się z ósmego miejsca i zdobyć mistrzostwo. Tak samo można być pierwszym po fazie zasadniczej i odpaść w I rundzie. Ile podobnych przypadków w historii było nie mam pojęcia. W Polsce chyba nigdy.

Osobiście lubię formułę play off. To taki nowy sezon pod koniec innego. Kulminacja. Jest w nim magia, bo przegrywający odpada, jak w klasycznej formule pucharowej. Wszystko, co było do tej pory nie jest istotne. Na starcie znowu wszyscy mają takie same szanse, aczkolwiek przewaga własnego parkietu jest sprawą bardzo ważną – chociaż nie najważniejszą, co udowodniły np. finały play off koszykarzy w 1998 kiedy to zdobyliśmy mistrzostwo Polski pokonując PEKAES Pruszków. Nie mniej jednak, jak pokazuje historia zmagań 2. ligowych, lepiej przewagę parkietu mieć, niż nie mieć.

Kiedyś play offy wzbudzały ogromne emocje i dało się to wyczuć, obecnie tak nie jest z powodu upadku koszykówki z ówczesnego boomu, podziału i poziomu rozgrywkowego. Gorąco pragnąłbym atmosfery i otoczki, jaka była właśnie wtedy. W tych magicznych latach.

Zaczynamy walkę o powrót do ekstraklasy i… musimy zrobić krok zwany awansem do 1. ligi w ciągu tego miesiąca (+ kilka dni). Dlaczego musimy? Bo nie ma innej drogi.

Zaczynamy w środę o 20.15 zawodami z GTK Gliwice. Naprzód!

Tego chcemy :