Pokrzyżowali mi szyki

Łobuzy. Chciałem po sezonie zrobić analizę kogo zostawić, a kogo wywalić.

A tu dwóch już dzisiaj wyleciało ze składu. I to takich barwnych.

Co bym o nich napisał?

Atkins – niezły koszykarz, lecz bez rewelacji, z popapraną głową. Do wywalenia, bo za podobne pieniądze można mieć gracza o podobnych umiejętnościach, ale z normalną psychiką. Ehh… do dzisiaj nie wiemy, czemu z klubem pożegnał się Dean Oliver…

Homan – początki nie były złe. Przynajmniej na boisku. Bo poza nim, to ten jegomość dość wkurzał od początku. Potem było trochę lepiej, ale ostatnio znowu było to, co na początku – fochy, obraza majestatu.. A na boisku ostatnio? W meczach z Turowem – dno. Stević też nie rozegrał wielkich spotkań, ale prezentował się dużo lepiej. Reasumując: do wywalenia.

Także prędzej, czy później i tak, mam nadzieję, pożegnalibyśmy się z nimi. Czy lepiej, że wcześniej? Przekonamy się jutro.

Murzyni i farmerzy bez jaj

Takiego cyrku w Śląsku dawno nie było. Nie licząc rzecz jasna kadencji trenera Adamka, lecz sytuacja taka sama. Do rzeczy.

Po wczorajszym meczu wyszedłem z hali zażenowany. Głównie tym, że Śląsk nie pokazał w spotkaniu przysłowiowych jaj. No bo jak można nazwać Murzyna atkinsa vel Allaha, który po stracie leży na parkiecie… może pozował do zdjęć? Mimo wszystko, jako lider powinien gnać ile fabryka dała do obrony. A on nie. On woli siedzieć. Zresztą, to już nie pierwszy raz tak było. Gdy wróciłem do domu przeczytałem wywiad z imć Allahem wnioskując, iż Murzyn nic do zarzucenia sobie nie ma. Gwiazdka posmarkana. Ale rashid, albo jak to było w Turcji “sułtan”, to nie cała ekipa.

Niestety “gwiazdek” w zespole jest więcej. Taki homan. Syn farmerów, niby przyzwyczajony do ciężkiej pracy, ocierał się o NBA, solidny jak na europejskie warunki środkowy. O NBA marzy każdy talent i przydupas grający koszykówkę. Tak – każdy. Jak wiadomo nie każde marzenia są do spełnienia, ale… nie zbaczajmy z tematu. Przyjechał do Wrocławia i z miejsca stał się mocnym punktem ekipy. Dla niego to chyba dobrze. W końcu po to do Europy przyjechał, zyskać doświadczenie, nauczyć się czegoś nowego. Jeszcze gdy pierwszym szkoleniowcem był Andrzej Adamek stroił fochy na to, że musi zejść z parkietu. Świnka się zmęczyła, to i musi do korytka zaglądnąć, a homan, wbrew swojej nieprzydatności, chciał grać dalej. Bywało, że grał i nie schodził. Teraz w Śląsku jest Kurtinaitis. Mamy fazę play-off. Moment idealny, by pokazać swoje nieprzeciętne umiejętności. Środkowy WKS takie ma, co nie raz udowadniał. Ale ma też słabą psychikę (pozdro dla Erica Hicksa). Może dla kogoś realnie mającego szanse na kontrakt w podobno najlepszej lidze na świecie, play-off w państwie, gdzie liga jest, nie oszukujmy się, słaba, jest za dużym wyzwaniem? Dla ukoronowania jeszcze jeden kwiatek o farmerze z Remsen . Wczoraj na konferencji prasowej usłyszałem od jednego dziennikarza ciekawą historię z Moskwy. Otóż przed meczem w Moskwie na jareda nie czekał napój Red Bull, co jest tradycją w szatni. A “gwiazdeczka” co? Rolnik zrobił focha i powiedział, że jak nie będzie napoju, to na parkiet nie wyjdzie. Tu popisał się dyrektor sportowy Śląska, który dzięki swojej szybkiej reakcji i znajomości rosyjskiej stolicy, tak tak… kupił Red Bulla. Słodkie.

No to zostały mi jeszcze dwa murzyńskie “talenty”. Na ruszt bierzemy robinsona, w pewnych kręgach znanego jako opaska czy dywan. On już w NBA zagrał. Raz. Jeden jedyny raz. Zdobył 7 punktów, w tym rzucił “trójkę” (wow). Kibicom Śląska niestety dał się poznać, podobnie jak inni gracze urodzeni w USA, ze swojej wybujałej wyobraźni, jaki on dobry. Na początku się nie starał, potem zaczął, a wczoraj i tak wszystko szlag trafił. Ostatnio w Ostrowie się popisał. Co zrobił? Ano na odprawie przed jedną z potyczek trener Rimas rzekł, że w pierwszej piątce dywana nie będzie. To ten zrobił buu i przez godzinę z szatni nie wyszedł. Podczas gdy koledzy grzali się i szykowali do, jak się później okazało, wygranego meczu. Źle opaska z tobą, źle…

Na deser Torell “zepsute przez grę na uniwersytecie kolana” Martin. Z nim sprawa wygląda trochę lepiej. Chłop, już prawie tradycyjnie w tym tekście, może być w NBA. Po nim widziałem starania, chęci i całe to “nakręcenie” koszykówką. Nigdy nie zarzuciłbym mu braku ochoty. Ale i Martin siadł wczoraj na ławce, gdy przyszło co, do czego. Czyżby nagle mu się odechciało? Zagrał niecałe 3 minuty i dalej już dupska ruszyć się nie chciało? Może bolały go kolana, co by go usprawiedliwiało. A może był niewyspany? Może, bo na piątkowy mecz przyjechał około godziny przed rozpoczęciem, gdy skład był po rozgrzewce. W poniedziałek to samo. Zespół na rozgrzewce śpioch wchodzi z “poślizgiem” na parkiet. W sumie to mam to gdzieś co robi poza meczami i treningami. Dla mnie może równie dobrze w nocy szydełkować, jak i łowić ryby, grać na komputerze, czy wiele innych. Przede wszystkim ma się starać i dobrze grać. Dla panów, o których napisałem wcześniej wielkie minusy, dla niego na razie mały, bo wczorajsza absencja na boisku , po 30 minutach w piątek, śmierdzi leserstwem.

Gdy wynik był przesądzony w większości grali Polacy. Nasi rodacy broniący zielono-biało-czerwonych barw pokazali serce do gry i nie przejmowali się ilością minut. Zacisnęli wargi, wyszli na plac gry i dorzucili kilka “oczek”. Nie stroili fochów, a zapierniczali momentami aż miło było popatrzeć. Oczywiście Litwini czy Serbowie też grali (z różnym skutkiem), też siedzieli, ale jak trzeba było wyjść na parkiet, to wychodzili i zostawiali na nim swoje zdrowie. Nie to, co najlepiej opłaceni w ekipie “majstry” z USA, co to nie wiedzą czego chcą, a kasiore za to biorą niemałą. I trzy z czterech przypadków miałyby grać w NBA. Toż to kpina. Albo NBA takie słabe… przecież tam już nie takie asy grzały ławę…

Pisownia imion oczywiście celowa. Tak jak oni szanują Śląsk, tak My, kibice, będziemy szanować ich.

Bo my jesteśmy nienormalni… albo normalni inaczej.

Dochodzę do wniosku, że jestem z innej planety, albo epoki. Ja i jeszcze kilku oszołomów i oszołomek. Jakkolwiek to nazwać, to mam znacząco odmienne zdanie odnośnie sposobu wspierania drużyny w czasie meczu i dopingu w ogóle, niż większość ludzi zasiadających w halach gdzie mecze rozgrywają koszykarze. Dotyczy to zarówno tej wrocławskiej, jak innych.

Do szału doprowadzają mnie debilne trąbki, które bardziej mi się kojarzą z odpustowymi straganami i tego typu festynami niż z widowiskami sportowymi. O przepraszam, w Zakopanem bardzo to popularne w czasie skoków narciarskich. Tłum ludzi zaczyna trąbić i trąbić… jest super fajnie. Wprost idealnie. Każdy potrąbi sobie i odczuwa ogromną satysfakcje z tego, że wspierał „swoich”. Jeśli to ma być „nasza” polska jakość, a cały doping ma polegać na dmuchaniu w ten instrument do zaplucia ludzi wkoło, to gratuluje inwencji i pomysłowości ale ja się wypisuję. Generalnie gdybym mógł, to bym zakazał używania i produkcji tego typu wynalazków. Tak samo osłabiają mnie drewniane klapki zakładane na rączki celem głośniejszego klaskania. Pamiętam jak w 2003 kibice z Włocławka zasiadający w Orbicie na sektorze H byli uzbrojeni w te drewniane sztachety na rękach. Rytmiczne uderzanie okazało się bardzo głośne… o tyle głośne, że w żaden sposób nie można się było domyślić co oni tam śpiewali.

To samo się tyczy trąbek podłączonych do butli z gazem. To jest naprawdę głośne. A jeszcze bardziej wkurzające. We Włocławku to standard od lat wielu chociaż nie wszystkim to pasuje (podobnie chyba myślących do mnie), co niejednokrotnie mogłem wyczytać. We Wrocławiu pojawiło się to ustrojstwo kiedyś na meczu ze Stalą Ostrów. Nie była to nasza inicjatywa, ale korzystaliśmy z tego, to fakt niepodważalny. Trudno. Jeden jedyny raz i już w czasie meczu przestało się nam podobać. O ile w ogóle komuś się spodobało. Mi na pewno nie. Gwizdki i syreny? No teoretycznie tutaj pójdę na ustępstwa, żeby od czasu do czasu poprzeszkadzać rywalom hałasując tymi to urządzeniami.

Doping puszczany z głośników. Nie wiem jak to nazwać. Jak dla mnie to jest już szczyt frajerstwa. Chociaż wyczytałem, że we Wrocławiu się tak robi. No cóż, skoro ktoś jest takim debilem, że nie odróżnia dopingu puszczanego z kasety w czasie akcji (np. Sopot) od piosenki (np. niepokonany Śląsk Wrocław nasz ukochany) puszczanej w przerwach, czasem podczas występu tancerek, to polecam wizytę u specjalisty.

Jeszcze rzecz odnośnie spikerów. Nie wiem jak ograniczają ich przepisy w każdym razie jeżeli oglądając mecz w telewizji lepiej słyszę spikera z hali niż komentatora, to coś chyba jest nie tak. Jak dla mnie spiker ma podać składu i może się zamknąć do końca meczu. No wiem że przesadzam, niech sobie powie kto rzucił punkty, kto sfaulował, niech czasem zachęci do dopingu. Swego czasu wyrywaliśmy sobie włosy z głowy słysząc, jak Marian Czajkowski będąc na hali komentował na bieżąco mecz. Z czasem nasz nowy spiker mówiąc kolokwialnie się wyrobił. I od jakiegoś czasu można usłyszeć „Marian Czajkowski najlepszym spikerem Polski” ;). Czasem zachęcić do dopingu. Właśnie – ale nie sterować nim przez cały mecz. Jeżeli ma takie ambicje niech stanie wśród kibiców i spróbuje bez mikrofonu zagrzewać do walki! Zresztą mam przeczucie, że jeszcze ktoś będzie chciał coś w tym temacie wspomnieć, więc nic już nie pisze.

Po prostu tego typu mechaniczne wspomagacze to dla mnie żal i szczerze tego nie lubię i pod żadnym pozorem nie akceptuje. Cała kwestia rozbija się o „antydoping”. Niektórym się tak utarło że skoro akcję ma przeciwnik to trzeba gwizdać, tupać, buczeć, trąbić. Dla mnie to chory debilizm.

Ja natomiast jestem chyba skończonym idiotą, bo nie tylko nie chce tego robić a wolę w tym czasie uwaga – pośpiewać … straszne rzeczy. Do tego poklaskać sobie, pomachać szalikiem, poskakać. Niewiarygodne. Jakiś debil. I nie chodzi mi o to żeby krzyknąć 2 razy np. Czarni (Słupsk) czy WKS… ale pośpiewać coś dajmy na to już odnosząc się do specyficznych koszykarskich realiów 2-3 minuty … no nie … to już kompletna przesada. Przecież przy tym można się zmęczyć albo spocić a nawet by trzeba było wstać. Po minucie brakuje tchu. Boli głowa i gardło. Chamski jestem co nie? W Starogardzie Gdańskim ostatnio w 30 osób śpiewaliśmy jedną rzecz przez półtorej kwarty … jakieś 15 minut. Dziwacy jacyś. Pewnie schlali się. Śpiewali nawet jak była przerwa miedzy kwartami i czas dla trenerów. To już przesada. O wiem – kibole! W saunach typu hala w Zgorzelcu gdy na dworze jest upał najchętniej poskakałbym bez koszulki, ale aż strach się bać reakcji niektórych wszystkowiedzących. Dlatego jestem nienormalny….

A tak. Na przekór.

Może to się wydać zadziwiające dla niektórych, ale Śląsk wygrał w Zgorzelcu dopiero drugi mecz odkąd Turów w 2004 roku awansował do ekstraklasy. Ostatnie zwycięstwo miało miejsce rok temu, kiedy to odbył się … drugi mecz ½ finału play off, a fantastyczny występ zanotował „Stefan”. We wtorek 29.04.2008 w drugim meczu ½ finału play off w Zgorzelcu wygrał… Śląsk. Szczególne brawa należą się za ten mecz Dominikowi Tomczykowi, ale najbardziej zadziwił mnie Paweł Mróz – swoimi trójkami i kapitalnym wsadem.

Teoretycznie wyjazd jakich mało. Ciepło i sympatycznie. Blisko, do tego przecież półfinał. No niestety, tym razem ekipa autokarowa znacznie się zmniejszyła w porównaniu do pierwszego meczu w niedzielę. Dużo osób w środku tygodnia nie zdołało się urwać z pracy/szkoły i ruszyło swoimi samochodami, dzięki czemu w „Konradku” było bardziej komfortowo.

W ciągu ostatniego miesiąca to chyba 5. wyjazd już dla niektórych, co w sposób bardzo dotkliwy wpłynęło na grubość naszych portfeli. Tym samym dwie bohaterki postanowiły do Zgorzelca jechać autostopem. Co im się zresztą udało i na miejsce dotarły grubo przed meczem. Korzystając z wolnego czasu pozwiedzały nawet sklepy u naszych zachodnich sąsiadów.

W ogóle splot dziwnych i niezbyt sympatycznych, że tak się wyrażę zdarzeń, miał miejsce przy okazji tego meczu. O autostopowiczkach już napisałem, a w poniedziałek wypadek miał kierowca bolidu, który miał jechać na mecz i zabrać 4 inne osoby. Ostatecznie w hali nie było tylko kierowcy. W niedzielę jechał autobusem, a we wtorek pozostało mu słuchanie transmisji w radio. Rano okazało się, że kierownik wycieczki zapomniał telefonu.

Na zbiórkę autokarową nie dotarł jeden z kibiców, bo utknął w korku. Potem chciał nas ścigać taryfą, ale ostatecznie zabrał się jednym z aut osobowych. A przez 2 dni organizował sobie fundusze na wyjazd, więc determinacja godna podziwu. Koniec końców był taki, że to on czekał na nas pod halą. Dwie inne osoby do tej pory nie dają znaku co się z nimi dzieje, a miały jechać z nami na mecz. Na jednym z postojów obleciał nas strach, bo autobus dziwnie zgasł… ale to akurat kierowca sobie z nas jaja robił :]

Hyży kontuzjowany. Giedraitis i Chanas nie grali. Homan raczej niedużo czasu na parkiecie spędził. O Stefańskim nie wspomnę. Martin pierwszy dłuższy mecz po kontuzji. A jednak wobec tych wszystkich przeciwności losu udało się pokonać Turów w Zgorzelcu. Radość wielka. Tym większa dla tych, którym mimo wszystko udało się mecz na żywo obejrzeć i wesprzeć Śląsk w tej ciężkiej batalii. Tylko tej giętej z „Węglowego” trochę żal, bo się szybko zmyliśmy po meczu…

O Atkinsie słów kilka

Amerykański rozgrywający WKS-u umiejętności posiada nieprzeciętne. W pełni formy i przy maksymalnym zaangażowaniu wydaje się być najlepszym zawodnikiem na swojej pozycji w tegorocznej DBE.

Jednak oprócz wysokich umiejętności koszykarskich Atkinsa cechuje dość nieprofesjonalne podejście do wykonywanego zawodu. Historie jego wyjazdów i powrotów do Polski w trakcie sezonu zna każdy, kto choćby pokrótce śledzi wydarzenia w koszykarskim światku.

Mimo to jednak podczas sezonu często byliśmy zasypywani pytaniami dlaczego podczas meczów nie skandujemy nazwiska Amerykanina? Nasze stanowisko jest proste. Skoro zawodnik nie traktuje poważnie klubu oraz nas – kibiców, to czemu my niby mielibyśmy zachowywać się względem niego inaczej?

Po jednym ze spotkań zauważyliśmy również, iż R.A. nie podbiega po meczach wraz z resztą drużyny pod trybuny aby wykonać miły gest w stosunku do sympatyków, co oznaczało iż on sam nie identyfikuje się ani z zespołem ani z nami, a jego olewactwo w stosunku do nas było widoczne gołym okiem.

Ostatnio jednak Atkinsowi coś się odmieniło i jak dowiedzieliśmy się ze sprawdzonego źródła zaczęło mu zależeć na identyfikacji z kibicami. Do tego zdarzyło mu się udzielić kilku wywiadów, w których podkreśla jak ważne jest dla niego zdobycie ze Śląskiem tytułu MP.

My przekupni nie jesteśmy. Nie łatwo nas omotać, ale też nie lubimy być mściwi, choć pamiętliwi to my bywamy czasem do bólu.

Atkinsowi tego co wyprawiał w trakcie sezonu nie zapominamy i na kolana padać przed nim nie będziemy. Postanowiliśmy jednak spróbować zagrzać go do walki i Amerykanin kilkakrotnie usłyszał swoje nazwisko podczas meczów w Ostrowie i Zgorzelcu.

Mamy nadzieję iż zawodnik wezmie sobie do serca nasz kredyt zaufania i już do końca sezonu nas nie zawiedzie. Po części pokazał to już w końcówce drugiego meczu w Zgorzelcu, gdy sam zachęcał sektor gości do jeszcze głośniejszego dopingu…